piątek, 21 listopada 2014

ROZDZIAŁ X


 Cześć.
Trochę mi głupio. Ale w sumie tylko trochę. Mam nadzieję, że zrozumiecie:
*konkursy kuratoryjne
*klasówek po uszy
*prac domowych na gwałt
*NAUKA, NAUKA, NAUKA 
Liczę, że teraz już przestaniecie się na mnie gniewać i po prostu mnie zrozumiecie :)

***

- Rusz swój półboski tyłek i przynieś mi rękawice!
Harpie naprawdę nie lubią herosów. Tolerują ich jedynie gdy wyręczają je w kuchni z brudnych obowiązków. Kiedy wchodzi się do podziemnej kuchni, ma się wrażenie, że wkroczyło się do samego Tartaru. Czujesz, jakby ubranie wtapiało ci się w ciało, jakby całe białko w twoim organizmie ścięło się jak jajko. Harpie do mycia naczyń używają lawy. Zabija ona 99,9% wszelkich zarazków, włącznie z tymi z twojego ciała.
Megi przyprowadzając mnie tu po rozmowie z Dionizosem powiedziała, że spróbuje mnie z tego wyciągnąć jak najszybciej. Miałam nadzieję, że jej się uda.
- Co tak stoisz jak słup pieprzu, do roboty!
- Mam już serdecznie dosyć odklejania zaschniętych resztek jedzenia z talerzy! Niedobrze mi się robi, kiedy myślę, że mam spędzić tutaj najbliższe siedem godzin! I sama sobie podaj rękawice! Ja stąd wychodzę!!
Te słowa cisnęły mi się na usta od jakiś trzech godzin. Parę razy mało brakowało, a nerwy puściłyby mi i wykrzyczałabym to wszystko harpiom prosto w te ich szkaradne twarze.
- ZACZNIESZ W KOŃCU PRACOWAĆ CZY MAM CIĘ ZMUSIĆ?!
- Annie!
Odwróciłam się przez ramię żeby ujrzeć najpiękniejszy widok świata. Oto Megi przyszła wyciągnąć mnie z tego bagna, żebym już nigdy nie musiała tu wracać.
- W ostatniej chwili - rzuciłam półgłosem - mało brakowało, a rozwaliłabym to miejsce na kawałki.
- Tak, tak, fascynujące, a teraz ściągaj te rękawice i choć! Przyjadą lada chwila!
W tym momencie jedna z harpii zorientowała się, że coś nie gra.
- Przepraszam bardzo! Ona się nigdzie nie wybiera!
- Ależ owszem, wybiera - powiedziała Megi łapiąc mnie za nadgarstek i ciągnąc w stronę wyjścia.
- A kto tak powiedział?
- Chejron wraz z radą kopytnych. Jednogłośnie uznali, że każdy heros musi być obecny podczas przyjazdu delegacji z obozu Jupiter.
- Naprawdę? - Zapytałam szeptem. Megi jedynie nadepnęła mnie na stopę i mocniej ścisnęła przegub.
Zrozumiałam.
Harpia wciąż podejrzliwie taksowała nas wzrokiem ale po chwili machnęła na nas ręką i puściła wolno.
Megi wykonała coś na kształt dygnięcia i pociągnęła mnie do wyjścia.
Dobrze było odetchnąć w końcu świeżym powietrzem po tym, jak spędziło się trzy godziny pod ziemią w towarzystwie niezupełnie przyjaźnie nastawionych potworów.
Córka Ateny chciała od razu zaciągnąć mnie do sosny Thalii, ale ja się sprzeciwiłam.
- Co, myślisz, że będę witać delegację z innego obozu w stroju kucharki?
Nadal miałam na sobie fartuch, a na twarzy smugi sadzy. Miałam nadzieję, że to sadza.
- Okej - zgodziła się Megi. - Ale pośpiesz się.
-Jasne.
Poleciałam do domku nr 11 żeby wygrzebać z mojego old school'owej walizki wilgotne chusteczki i czystą koszulkę. W biegu zrzuciłam z siebie wymięty fartuch i związałam włosy w koka. Dopadłam do walizki leżącej w kącie przydzielonym mi w 11. W domku Hermesa mieszka jakieś 50% obozowiczów. Ci co mają szczęście być jego dzieckiem, dostają łóżko i półkę na rzeczy. Reszta (nieuznani) muszą ścisnąć się na podłodze, parapetach, a raz widziałam gościa śpiącego na ganku. Wyciągnęłam pogniecioną koszulkę z logiem Marsów* i naciągnęłam ją na siebie przez głowę.
- Leanne! Spóźnimy się! Znowu dostaniesz szlaban, a nie uda mi się znowu wyprowadzić harpii w pole.
- Idę już idę!
Ostatni raz rzuciłam okiem na odbicie w lustrze. Nie prezentowałam się zbyt dobrze. Czarne rurki były przedarte na kolanach i miały agrafki powpinane w kieszenie. Koszulka z logiem kończyła się trochę za pępkiem, wystarczyło że podniosłam ręce do góry, a już widać mi było cały brzuch. Włosy związane w niesfornego koka już wymykały się spod gumki. W ostatniej chwili starłam plamkę sadzy z policzka i wyszłam do Megi.
Ta spoglądała wymownie na lewy nadgarstek, na którym nie miała zegarka i przytupywała stopą.
- Na Zeusa, Annie! Guzdrasz się gorzej od Afrodytek!
- No przepraszam! W 11 jest taki bałagan, że powinnaś się cieszyć, że mam na sobie stanik!
- Cieszę się, a teraz już chodźmy! 
Chwyciła mój nadgarstek i zmusiła do szybkiego biegu, więc kiedy dotarłyśmy na szczyt wzniesienia, na którym rosła sosna Thalii, byłam zdyszana i spocona. Wciąż trzymając mnie za rękę, Megi zaczęła przeciskać się przez dwustuosobowy tłum kłębiący się wokół sosny.
- Megi, zlituj się!
- Chcesz mieć dobry widok czy nie? Jestem ciekawa, jak tu dotrą. Na smokach, koniach, maciorach...
Mogłaby tak jeszcze długo, gdyby nie przerwało jej ciche pyk! tuż obok niej, a potem pojawiło światło oślepiające światło i niewielka plamka światła powiększyła się do ogromnej plamki światła w kształcie człowieka. Córka Ateny w ostatniej chwili odskoczyła i tylko dzięki temu nie została staranowana przez barczystego chłopaka o azjatyckich rysach. Wychodząc z dziury świetlnej potknął się i upadł u stóp Leanne.
- Nie musiałeś mi się kłaniać, żeby zyskać moją sympatię - powiedziałam, zanim zdołałam ugryźć się w język. Chłopak podniósł się sprawnie i rozejrzał się po zebranych, czy przypadkiem nikt się z niego nie naśmiewa. Nikt by nie śmiał. Chłopak miał lekko skośne oczy i posturę niedźwiedzia grizzly. Jego włosy miały kolor podpalonego drewna, a skórę jaśniejszą od karmelu. Wyglądał groźne, ale zaraz się uśmiechnął i wyciągnął rękę w moją stronę. Ochoczo potrząsnęłam nią i też się uśmiechnęłam.
Chłopak przemówił:
- Dobrze wiedzieć, że nie jesteście jakimiś sztywniakami. Frank Zhang, syn Marsa.
- W naszym słowniku nie istnieje takie słowo jak "sztywniacy". Leanne. Dla przyjaciół Annie. Nieokreślona.
Przez dziurę już mniej spektakularnie przeszli pozostali delegaci: dwie dziewczyny i dwóch chłopaków.
Jeden miał białą togę narzuconą na fioletowy podkoszulek i zwykle jeansy. Był słomianowłosym chłopcem o wyzywającym wyrazie twarzy. Tuż obok niego stanęła potężna dziewczyna o ciemnych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach, z fioletową togą na ramionach. Biła od niej władza i rozpoznałam w niej Reynę, byłą - nie byłą dziewczynę Jasona, który teraz jakby próbował zgubić się w tłumie.
Dziewczyna, która od razu po wyjściu złapała Franka za rękę, miała czekoladowe loki i oczy w kolorze płynnego złota. Jej skóra miała odcień mlecznej czekolady. Była dosyć niska i nie mogła mieć więcej niż czternaście lat. Ostatnim delegatem okazał się wysoki, zielonooki szatyn o nonszalanckim uśmiechu.
Cała piątka stanęła pośrodku tłumu i czekała. Chejron wyszedł im na przeciw. Do tej pory pozwolił im się zapoznać z nowym otoczeniem, jakim był Obóz Herosów. I sami herosi. Greccy.
Z tego, co opowiadał Jason, w obozie Jupiter panowały zupełnie różne zasady, funkcjonowało się w zupełnie inny sposób.
Jason trzymał się z tyłu. Trzymał się za ręce z dziewczyną. Piper, córka Afrodyty. Była ładna. Wyjątkowo zwyczajna jak na córkę bogini piękności. Spójrzmy choćby na Drew!
Centaur wyciągnął dłoń w stronę Reyny a ona złapała ją i potrząsnęła nią energicznie.
- Witajcie w Obozie Herosów. Miło jest nam was gościć.
- Dziękujemy, Chejronie. To zaszczyt móc przebywać wśród was.
Mocne słowa, i szczere. Chyba.
Dziewczyna zaczęła się rozglądać szukając kogoś pośród tłumu. Nie szukała długo. Jason wypuścił dłoń Piper i przepchał się na środek zbiegowiska. Stanął przed Reyną, jakby stawał przed wrogiem. Był wyższy od niej i jakoś dziwnie pasował do niej w swej prostocie.
- Reyno.
-Jasonie.
Między nimi panowała sztywność i sztuczność.
- Miło cię widzieć. Świetnie wyglądasz.
- Ty również.

Nastała nieznośna cisza, którą miałam ochotę przerwać i to zaraz. Uprzedził mnie typek w białej todze.
- Przepraszam bardzo, zamierzamy tak stać i nic nie robić, czy przejdziemy do negocjacji?
- Oktawianie - upominała go Reyna.
- Jakich negocjacji? - szepnęła Megi spoglądając na Jasona, który najwyraźniej sam nie do końca rozumiał. Jego brew wystrzeliła ku górze i tam pozostała przez jakiś czas.
Oktawian natomiast doskonale czuł się z tym, że wie o czymś, o czym pojęcia nie ma ktoś tak ważny jak syn samego Jupitera.
- Jak to jakie negocjacje? Na temat...
- Oktawianie! - Reyna rzuciła mu takie spojrzenie, że ja, będąc na jego miejscu, natychmiast uciekłabym gdzie pieprz rośnie.
Chejron przestąpił z kopyta na kopyto wyraźnie zaniepokojony.
- Może przejdziemy do stołówek? Czeka tam na nas poczęstunek.
Wszyscy ochoczo ruszyli w dół zbocza, jakby zapominając o jakichkolwiek negocjacjach i tym bucu Oktawianie.
Ponad dwieście półbogów zasiadło przy swoich stolikach - przy miejscu swojego rodzica. Tylko delegaci stali na środku stołówek i nie bardzo widzieli, co ze sobą zrobić. Według Jasona w obozie Jupiter nieistotne było, czyim dzieckiem jesteś - liczyły się twoje umiejętności. Jedynie Hazel nie miała problemu ze znalezieniem miejsca, bo dostrzegła Nica siedzącego samotnie przy stoliku Hadesa. Podbiegała do niego i serdecznie uściskała.
- Braciszku! Dobrze cię widzieć!

- To oni są rodzeństwem? - zapytałam Connora, który wcisnął się między mnie a któregoś ze swoich braci.
- Mało kto o tym wie. W sumie, to Hazel jest córką Plutona, a Nico Hadesa. Na chłopski rozum, są rodzeństwem mniej więcej w tym samym stopniu jak ty i ja.
Usta Nica wygięły się w coś przypominające uśmiech i też przytulił się do siostry.
- Przypominam ci, że mimo wszystko jestem starszy.
Hazel zaśmiała się serdecznie i dosiadała do Nica, który zaczął tłumaczyć jej działanie naszych talerzy i kielichów. Po chwili na talerzu dziewczyny pojawiły się pieczone ziemniaki i soczysta pierś z kurczaka.
Resztę rzymian Chejron zaprosił do stołu kadry, długiego blatu z obrusem w mnóstwo małych winogronek. Trochę dłużej zajęło im oswojenie się z "grecką technologią", ale po chwili i oni zajadali się przysmakami jakich tylko sobie zażyczyli. Pan D. najwyraźniej nic nie robił sobie z tego, że do jego obozu ktokolwiek przyjechał. Wydawałoby się, że nawet sam Zeus nie zrobiłby na nim większego wrażenia.
Po jakimś czasie, kiedy wszyscy zdążyli się już najeść, Chejron wstał ze złotym kielichem w dłoni. Wszyscy jak jeden mąż natychmiast ucichli.
- Chciałbym jeszcze raz powitać serdecznie naszych gości - tu rozległa się fala oklasków - dzięki którym mogliśmy zająć się czymś innym niż walka na miecze, na przykład ścieleniem łóżek - odpowiedziała mu salwa śmiechu. Oczywiście, Chejron nie mówił poważnie. O, naprawdę nikt z nas nie musiał uczyć się scielić łóżko. Codziennie była przeprowadzana inspekcja przez któregoś z grupowych domków - Hermes zawsze miał najgorsze wyniki, ale co tu się dziwić, kiedy w trzydziestoosobowym domku mieszka prawie pięćdziesięciu dorastających nastolatków. W tym dziewczyn, a jestem pewna, że przynajmniej trzy dziewczyny dzielące ze mną dwa metry kwadratowe są córkami Afrodyty.
- Chciałbym jeszcze - kontynuował Chejron, kiedy wrzawa trochę ucichła - wznieść toast - wszyscy pochwycili swoje puchary w dłonie i z wyczekiwaniem wpatrywały się w Chejrona.
- Za bogów - rzymskich i greckich - za to, że dali szansę naszym obozom na zjednoczenie się i zawarcie, jestem tego pewien, niezwykle mocnym przyjaźni, których nie nadgryzie ząb czasu.
- Za Bogów! - poniosł się szmer przez całą stołówkę. Herosi wypili zawartości swoich pucharów i z powrotem usiedli. Niepotrzebnie, bo kilka chwil później Pan D. podniósł swoje cztery litery i zaklaskał donośnie, żeby zwrócić na siebie uwagę tłumu nastolatków. Niespecjalnie tego potrzebował, bo swoją hawajską koszulą ubrudzoną sosem tabasco i z tłustymi włosami zaczesanymi do tyłu i tak zwracał na siebie uwagę.
- Proszę o ciszę!
Oczy zgromadzonych niechętnie zwróciły się w stronę boga wina.
- Chejron uważa - tu dostał z ogona w plecy, na co wywrócił oczami i poprawił się - znaczy, MY uważamy, że należy pokazać przybyszom, ktokolwiek przybył, że potrafimy się bawić! Tak więc, zapraszamy na wielkie ognisko!
Wszyscy przyjęliśmy tą informację z wielkim, radosnym wrzaskiem. Nie ma na całym świecie nic lepszego od uciekających do nieba ogromnych ognisk podczas których siedzisz wśród swoich przyjaciół.
Cała gromada nastolatków półkrwii zerwała się z ławek i pognała w stronę miejsca na ognisko, wokół którego już ustawiono dodatkowe ławki.
Ja też chciałam już dołączyć do reszty rozchichotanej młodzieży mijającej mnie właśnie z lewej, kiedy ktoś mnie zawołał.
-Annie! Hej, Annie!
Odwróciłam się szukając źródła wołania.
-Zaczekaj!
Dopiero teraz zauważyłam pędzącego w moją stronę Maxa. Na twarzy miał szeroki uśmiech, oczy mu błyszczały.
-Witaj, synu Aresa.
Zaśmiał się i ja też się zaśmiałam, bo miło było widzieć go w końcu uśmiechniętego od ucha do ucha. I trzeba było przyznać, że z uśmiechem mu było do twarzy.
- Co cię tak śmieszy? Przecież jesteś najprawdziwszym synem boga wojny!
- Wiem, ale to wszystko jest trochę krępujące. Wszyscy uważają mnie za jakiegoś bohatera, tymczasem ja wcale się z tym dobrze nie czuję.
- Nie powinieneś źle się z tym czuć. To było bardzo odważne z twojej strony. Gdyby nie ty, może dziewczynki nie byłoby już wśród nas.
- Po prostu nagle każdy zaczął traktować mnie jakbym był bogiem zesłanym na wieczną tułaczkę na ziemię.
- Może jesteś bogiem? Tylko jeszcze o tym nie wiesz?
- Daj mi skończyć, dobrze?
- Już się zamykam.
- Dziękuję. No więc nie rozumiem ich zachwytu. Bo ja jestem inny. Gdybym był kimś lepszym, nie zachowałbym się wobec ciebie jak ostatni cham.
Zmusił mnie, żebym spojrzała mu w oczy i kontynuował:
- I dlatego chciałbym cię przeprosić, choć żadne słowa nie oddadzą tego, jak bardzo jest mi wstyd.
- Max...
Przerwał mi.
- I przepraszam cię. Za wszystko.
Odwrócił się i odszedł, pozostawiając mnie samą na środku ścieżki, w totalnym szoku. Zamrugałam kilka razy i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że chłopak cały czas trzymał mnie za rękę.



***

Wciąż jeszcze oszołomiona zmusiłam swoje nogi, żeby powędrowały na miejsce ogniska. W palenisku już tańczył płonień trzy razy wyższy ode mnie, a herosi śpiewali i śmiali się jeszcze głośniej niż na kolacji. Dosiadłam się do Ryana i Sophie, którzy śpiewali chyba najgłośniej ze wszystkich i robili to naprawdę dobrze. Chyba pomagał im fakt, że ich ojciec jest bogiem muzyki... Kiwałam się razem ze wszystkimi do rytmu i próbowałam śpiewać poszczególne piosenki. 
- Hej - usłyszałam zza pleców. Odwróciłam się i z pewnym zaskoczeniem dostrzegłam Franka Zhanga stojącego za mną z kielichem w dłoni.- Mogę się dosiąść?
Pokiwałam głową i chłopak wcisnął się na niewielki fragment ławki, który pozostał, tak więc pół jego ciała znajdowało się właściwie w powietrzu.
- Długo tu jesteś? - zagaił, pociągając porządny łyk z kielicha. - W sensie w obozie?
- Kilka dni. Tak naprawdę to trzy przespałam, a właściwie to cztery. Dzisiaj pierwszy raz jestem w pełni sił.
- Wow.
- Co "wow"?
- W sumie nic. Po prostu podziwiam sposób z jaką łatwością nawiązujesz znajomości z całkiem obcymi ludźmi.
Uśmiechnęłam się i postanowiłam potraktować to jako komplement.
- Ej, nie jesteś mi całkiem obcy. Nazywasz się Frank Zhang i jesteś rzymskim herosem. To całkiem sporo.
Zaśmiał się, a miał on bardzo ciepły i niski śmiech, taki, którego lubi się słuchać i jesteś on zaraźliwy. Po przeciwnej stronie.ogniska Piper przywołała chłopaka dłonią. Frank Zhang dopił zawartość kielicha, i poklepał mnie po ramieniu mówiąc:
- Muszę wracać. Miło się rozmawiało. Mam nadzieję, że w ciągu tych kilku dni uda nam się jeszcze pogadać.
- Twoja dziewczyna nie będzie miała nic przeciwko? - rzuciłam bez zastanowienia. Twarz mu stężała, i poczułam, że stąpam po cienkim lodzie.
- Hazel? Wątpię. Ostatnio raczej interesuje się szermierką.
Skinęłam głową kilka razy, a Frank odszedł do sporej grupki, w której dostrzegłam Leona, Annabeth, Piper z Jasonem i Hazel oraz chłopakiem, który złapał mnie tuż nad podłogą na stołówkach. Rozmawiali p czymś żywiołowo i śmiali się głośno. Ryena siedziała odseparowana skubiąc winogrona z kiści i patrząc ponuro w ich stronę.
Nagle tuż za mną pojawił się chłopak z plaży. Pojawił się tak nagle, że z zaskoczenia wyciągnęłam dym z ogniska.i zaczęłam się krztusić. Ani bliźniacy, ani Megi siedząca trzy miejsca dalej tego nie zauważyli, tylko chłopak pociągnął mnie w górę i wyprowadził trochę dalej od ogniska i poklepał po plecach. Kiedy w końcu złapałam oddech, moje oczy łzawiły a w ustach miałam dziwny smak palonego drewna.
- Lepiej? - zapytał chłopak i ostatni raz klepnął mnie po plecach.
- Lepiej.
- To dobrze. Zrób coś dla mnie i następnym razem usiądź trochę dalej od ognia.
Spojrzałam na niego krzywo. Właśnie sobie uświadomiłam, że nie znam jego imienia. Nie do wiary, że tyle razy już go spotkałam, i ani razu o to nie spytałam.
- Kim ty jesteś, żeby mówić mi, co robić? Zresztą nieważne. Chciałabym się jednak dowiedzieć, jak masz na imię.
Uśmiechnął się krzywo.
- A kim ty jesteś, żebym ci powierzył tak istotną informację?
Prychnęłam.
- Och tak, pogrywaj sobie teraz ze mną. Nię to nie, łaski bez. Dziękuję za posiniaczenie pleców.
Już miałam się stamtąd zmywać, kiedy powiedział:
- Charlie.
- Co? - warknęłam przez ramię.
- Mam na imię Charlie.
- Dziękuję.
I poszłam sobie, żeby pobyć przez chwilę sama ze swoimi myślami.
Długo nie rozmyślałam.
 ***

- Na gacie Zeusa -usłyszałam nagle z tłumu.
- Co?
Rozglądałam się bacznie po otaczających mnie obozowiczach. Już nikt nie śpiewał. Ogień ledwie tlił się wśród drewn.
Wszyscy wstali i wpatrywali się we mnie. A dokładniej, w coś nad moją głową. Gdy zorientowałam się, że warto podnieść głowę i zobaczyć, w co się wszyscy wglapiają, po tym czymś nie było już śladu, jedynie zielonkawa mgiełka, która równie szybko zniknęła.
Wśród obozowiczów panował niepokojący spokój. Jedni głowy mieli zwrócone w moją stronę, inni szukali wzrokiem wysokiego bruneta siedzącego między Annabeth i Leonem. Był to chłopak o niesamowicie morskich oczach. Nic o nim nie wiedziałam, ale wyglądał na takiego, kto jest tu ważny, i chyba nie najgorzej się z tym czuje. Wydawał się sympatyczny, póki nie zerwał się z miejsca i nie spojrzał na mnie, jakbym go zdradziła. Przybrał minę dowódcy, który widział już tyle śmierci i cierpienia, że brzydzi się przeciwnikiem. Czułam się, jakbym to ja była tym przeciwnikiem.
Stał jeszcze przez chwilę w miejscu patrząc na mnie jak na szczura, a potem najzwyczajniej w świecie uciekł. Wyszedł z kręgu wokół ogniska i zaczął biec w stronę plaży.
- Percy! - krzyknęła Annabeth i chciała pobiec za nim, ale Piper ją powstrzymała.
- Nie, Ann. On potrzebuje czasu.
Po czym obie spojrzały na mnie w ten sam sposób, w jaki patrzy się na gumę do rzucia przyklejoną do pedeszwy buta.
       *** 
     Zawsze miałam talent do pakowania się w kłopoty, ale wtedy był przy mnie Calvin. A teraz nie miałam nikogo. Wszyscy omijali mnie wielkim łukiem, a śniadanie zjadłam siedząc na trawie. Nie żeby mi to jakoś szczególnie przeszkadzało.
W nocy nie zmrużyłam oka. Ciągle śnił mi się wyraz twarzy Percy'ego i jego ucieczka. Od wczorajszego wieczora nikt go nie widział. W końcu ja, pozbawiona apetytu, poszłam go poszukać. Szukałam go dosłownie cały dzień. Na arenie o mały włos nie dostałam jajkiem w głowę. Lawa ze wspinaczki jakoś bardzo chciała mnie rozgrzać, a konie staranować. Ale Percy'ego znalazłam dopiero tuż przed kolacją. Nie wiem, czemu od razu na to nie wpadłam. Dotarłam na plażę niemal biegiem. Zobaczyłam go. Wyglądał całkiem normalnie. Nawet zmienił koszulkę. Jedyne, co się zmieniło, to jego oczy. Znikła z nich charyzma i iskierki szaleństwa. Jakby stał się cieniem siebie samego. 

Podeszłam bliżej i nawet jeśli mnie usłyszał, nie zareagował, tak samo wtedy, gdy usiadłam obok niego i zaczęłam oglądać fale.
- Cześć.
Nie odpowiedział.
- Złożyłeś jakieś śluby milczenia, czy co?
Zero reakcji.
- No nic, wygląda na to, że nigdy się nie dowiem, o co chodziło z tą mgiełką nad moją głową.
Dopiero teraz spojrzał na mnie MOIMI oczami. Były identyczne.
- Nie powiedzieli jeszcze?
- Żeby było jasne - nikt nie lubi, jak dzieję się coś, co wpienia ich wodza. Nie rozmawiałam z nikim od wczoraj.
- Współczuję.
- Nie ma czego. Przyzwyczaiłam się. W domu i w szkole otwierałam gębę tylko po to, żeby komuś nawrzucać.
To, co pojawiło się na jego ustach, na upartego możnaby uznać za usmiech.
- No więc?
Wciąż patrzył na mnie, milcząc.
- Och, no weź! Nikt inny mi nie powie! Ann się obraziła, Jason nie wie, czyją stronę trzymać, a pół obozu patrzy na mnie, jakbym pozabijała im zwierzątka. Co jest grane?!
Westchnąłbi zaczął palcem żłobić wzory w piasku.
- Wiesz w ogóle, na czym polega przydział do domków, nie?
- Tak. Mieszkamy w domku z numerem odpowiadającym naszemu boskiemu rodzicowi.
- Mniej więcej. W każdym razie, kiedy pokonaliśmy Kronosa, wymogliśmy na bogach, aby uznawali każde dziecko które pojawi się w obozie, przed ukończeniem przez nie 13 lat. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz tu trafiłaś, ale to niedobrze. Jesteś potężną heroską.
- Skąd wiesz?
- Pamiętasz moment, w którym uznano Fionę?
Jasne, że pamiętam moment, w którym uznano Fionę. Było to wczoraj przy śniadaniu. Nagle dziewczynka zaczęła się świecić, i po chwili zamiast obozowej koszulki, miała na sobie błękitny chiton.
- Ten gołąb, który latał wokół niej był symbolem jej matki, Afrodyty. Jest jej córką.
- W takim razie, co pojawiło się nad moją głową, że uciekłeś?
- Widzisz... Jest kilku herosów... Którzy nie powinni istnieć...
- Thalia. Jason, Nico. No i ty.
Możliwe, że odezwała się we mnie moja kobieca intuicja, ale czułam, że wiem, co zaraz powie mi Percy.
- Dokładnie. No i... widzisz... Jeszcze TY.
- Percy...?
- Tak. Możesz wprowadzić się do mnie. Do domku numer trzy.








*30SecondsToMars

niedziela, 7 września 2014

ROZDZIAŁ IX

 Wcale nie dodaję tego we wrześniu(!!), kiedy miałam to dodać w lipcu(!!!!!!)
Jestem podła. Wiem. Ale cóż poradzić, taka się urodziłam... Miałam dodać rozdział w poniedziałek wieczorem, na dobre rozpoczęcie roku szkolnego, ale za dziesięć północ mój tatko mnie nakrył przy komputerze i tyle go widzieli... No więc dodaję rozdział dokładnie dwa miesiące i trzy dni od dodania ostatniego posta, na dzień przed moimi urodzinami, chcąc jakkolwiek się zrehabilitować... Taa, jasne...
No nic, postaram się Wam to jakoś wynagrodzić, choć znając mnie to, eh.... 
Nieważne, miłej lektury życzę JA.

 ***

Pierwsze, co się zauważa, gdy atakuje się uzbrojonego herosa, to to, że gdy planowałeś wykonać na nim jakiś trick, wydawał się mniej groźny niż teraz, kiedy lecisz na niego ze sztyletem przed nosem, z zamiarem poharatania gościa.
Niestety, nie miałam możliwości wycofania się z zabawy, więc pędziłam dalej na córkę Apolla i zamachnęłam się potężnie. I wtedy ujrzałam uderzająco niebieskie oczy. W ostatniej chwili przekręciłam sztylet, i uderzyłam w ramie Sophie płazem, nie krawędzią ostrza. Jęknęła z bólu i cofnęła się kilka kroków, ale ja nie zatrzymałam się, żeby popatrzeć, czy wszystko OK. Gnałam dalej, napędzana adrenaliną i rządzą dobrej zabawy. Kolejny przeciwnik, jak się okazało syn Afrodyty, był tchórzem, i kiedy tylko zobaczył mnie pędząca na niego zwiał w młody lasek po prawej stronie. Choć nie chciało mi się go gonić wiedziałam, że im więcej przeciwników wyeliminuję, tym bliżej wygranej będę. Zaczęłam więc gonić uciekiniera i osaczyłam go tuż przed pagórkiem z mnóstwem malin na szczycie. Podcięłam mu nogę i wyrżnął twarzą w ściółkę.
- Fajnie się ucieka, co nie? - zagadałam czekając, aż podniesie się z ziemi, żeby jeszcze raz móc powalić go i sprawić, że odechce mu się walczyć.
- Ja się domyślam, ściółka jest wygodna, ptaszki śpiewają i tak dalej, ale wiesz co? - zapytałam, kiedy zaczął czołgać się pod górę, kaszląc i charcząc. Pochyliłam się nad nim tak, że szeptałam mu prosto do jego półboskiego ucha:
- Tchórze nie zasługują na litość.
Nie żebym była jakoś szczególnie okrutna, ale chłopaczyna może wrócić do domu okrężną drogą, tak mu się będzie kręcić w głowie od uderzenia głownią, które mu zafundowałam.
Wróciłam na miejsce spotkania z Nikiem i oniemiałam. Dziesięcioro półbogów leżało plackiem na ziemi, mieli podziurawione zbroje, potępione miecze i połamane włócznie. Megi zamachnęła się właśnie na ostatniego stojącego o własnych siłach przeciwnika. Przywaliła mu porządnie płazem swojego miecza, rozcinając mu przy tym skórę na łuku brwiowym. Po wszystkim stanęła w rozkroku na samym środku pobojowiska i zarzuciła sobie miecz na ramię. Zdmuchnęła niesforny kosmyk włosów z przed oczu, jak zawsze robiła przy stole, gdy pochylała się nad kartką ze szkicem nowej areny do ćwiczeń. Zupełnie jak Megi, tyle że... Osoba stojąca przede mną nie była dziewczyną, która oprowadziła mnie po obozie.
Widziałam teraz, co oznacza być córką Ateny. Megi była bez hełmu, a jej rozwiane czarne włosy wyglądały jak burzowe chmury zbierające się nad jej głową. Źrenice rozszerzyły się i dziewczyna wyglądała, jakby miała całkiem czarne oczy. Oddychała głośno, słyszałam jej świszczący oddech. Otarła kropelkę potu z czoła i ruszając w moją stronę, nie zapomniała nadepnąć jakiegoś chłopaka na nadgarstek.
- Annie? Dorwałaś go?
Patrzyłam na nią z szeroko rozwartymi ustami pilnując, żeby nie zacząć się przez przypadek ślinić. Dłonią zamknęłam sobie usta i jedyne, na co było mnie stać, to pokiwanie głową na potwierdzenie. Spojrzała na mnie i przychyliła głowę w lewo.
- Wszystko w porządku?
Pokręciłam głową.
- Jesteś ranna? - zdenerwowała się.
Znowu zaprzeczyłam.
- Na bogów olimpijskich, powiedz coś w końcu bo oszaleję!
- Jak to zrobiłaś? - wydusiłam w końcu.
- Zrobiłam co?
- Jak powaliłaś dwunastu półbogów w piętnaście minut?!
- Ach, to - mruknęła i traciła czubkiem buta leżącą na ziemi córkę Aresa z niezłym rozcięciem na czole. - Tak jakoś wyszło.
 - Tak jakoś wyszło? TAK JAKOŚ WYSZŁO?! Dziewczyno, jesteś lepsza od samego Zeusa! Bez obrazy - rzuciłam szybko w stronę przejrzystego nieba. 
- Myślę, że jednak się obraził - powiedziała Megi z przekąsem.
Spojrzałam na nią w ten specjalny sposób, który natychmiast ucisza ofiary. Przeszłam się po polu bitwy i przyjrzałam powalonym przez przyjaciółkę nastolatkach. Wszyscy mieli większe lub mniejsze obrażenia, rozcięcia i siniaki. Na ziemi bez ruchu leżeli synowie i córki Aresa oraz Apolla, jednak nigdzie nie mogłam dostrzec jeszcze jednego herosa. Odwróciłam się idealnie aby ujrzeć, jak Nico łapie Megi od tyłu i przytyka jej ostrze miecza do gardła. Wciągnęłam głośno powietrze do płuc przerażona tym, co widzę. 
- To zabronione - powiedziałam po chwili konsternacji. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach próbując wymyślić logiczny sposób na wyciągnięcie Megi z nie lada tarapatów. Na początku rozejrzałam się wokół siebie, żeby sprawdzić, czy na pewno jesteśmy tu sami. Jeden Nico to nic specjalnego, ale jeśli przyprowadziłby kolegów, byłybyśmy skreślone na starcie. Boże, jak ja się myliłam.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Z tego co słyszałem, mam po prostu jej nie zabić.
- Bierz sztandar Annie, mną się nie przejmuj! - krzyknęła Megi, po czym wbiła się zębami w dłoń Nica, gryząc go do krwi. Słono za to zapłaciła. Dostała porządnie w głowę i zemdlała w rękach syna Hadesa. Ten położył ją wyjątkowo ostrożnie na ziemi wśród innych nieprzytomnych herosów. Patrzyłam na nią i modliłam się, żeby była cała i zdrowa.
Spojrzałam srogo na Nica i wymierzyłam w niego moim sztyletem.
- Jeśli coś jej się stanie przysięgam, osobiście wyślę cię do tatusia. W kawałkach.
Po czym rzuciłam się na niego jak rozwścieczona lwica.

***

Kiedy późnym wieczorem zebraliśmy się całym obozem wokół ogromnego paleniska, nie dało się nie zauważyć nieobecności niektórych herosów. Bracia Hood leżeli w infirmerii i zwijali się z bólu, po tym jak wpadli w swoją własną zasadzkę, będącą wielkim dołem wypełnionym zielonym gazem podtruwającym. Annabeth ostro wykłócała się, żeby pójść na ognisko, jednak Chejron kategorycznie zabronił jej się ruszać ze swoją raną po strzale w biodrze. Teraz siedziała na schodkach wielkiego domu i patrzyła na wszystkich wilkiem. Leon poparzył kilku herosów jadąc na Festusie i wszyscy z drużyny czerwonej byli na niego obrażeni, ale chłopak nic sobie z tego nie robił i siedział rozwalony na ławce otoczony wianuszkiem swoich półboskich fanek, głównie córek Afrodyty. Chris Rodriguez trzymał się za ręce z Clarisse La Rue, która opierała mu głowę na ramieniu. Wszyscy śpiewali "10 w skali Hefajstosa", a im głośniej śpiewaliśmy, tym wyższy płonień unosił się pośrodku kręgu, i tym jaśniejszy się stawał.

***

Nico niestety okazał się jeszcze szybszy od Maxa (co, swoją drogą dotychczas wydawało mi się niemożliwe) i zdążył wysunąć miecz z pochwy, broniąc się jednocześnie przed ciosem który chciałam mu zadać. Jego broń była czarna, tak jak jego oczy. Nie mogła być z niebiańskiego spiżu i za nic nie mogłam wykminić, z czego jest wykuta, więc najzwyczajniej w świecie zapytałam. Spojrzał na mnie jak na idiotkę i uniósł jedną brew do góry. Zaczął zataczać mieczem kręgi nad głową, żeby mnie rozproszyć, i udało mu się to. Nawet nie zauważyłam, kiedy rzucił się na mnie i ciął w udo, głęboko i boleśnie. Powalił mnie na ziemię i powstrzymywał od wstania, przytrzymując ostrze miecza tuż przy mojej szyi. 
- To stygijskie żelazo - odparł, kiedy leżałam na ziemi, unieruchomiona. 
- Tatuś ci dał? - próbowałam grać na czas, póki nie wymyślę jakiegokolwiek wyjścia z tej jakże beznadziejnej sytuacji!
- Można tak powiedzieć.
Wtedy zastosowałam ten sam trick, który zadziałał na Max'ie. Na moje nieszczęście, Nico był obecny na trybunach podczas naszej walki i doskonale wiedział, kiedy złapać mnie za łydkę, żebym go nie podcięła. Krzyknęłam, bo uścisk miał naprawdę mocny i przy okazji złapał mnie dokładnie w to samo miejsce, w które ciachnął mnie Max, gdy walczyliśmy wcześniej tego dnia. Ból był nie do zniesienia, więc zrobiłam jedyną logiczną rzecz, jaką mogłam. Wykręciłam się i wylądowałam na brzuchu, oparłam się na dłoniach i w pozycji jak do robienia pompek, kopnęłam go wolną nogą w brzuch. Słyszałam, jak powietrze ucieka mu z płuc a on krztusi się. Wykorzystałam sytuację i tym razem podcięłam mu nogi, przez co Nico wylądował ciężko na plecach, wśród innych herosów. Nie śpiesząc się, podniosłam się z ziemi i podłożyłam mu ostrze mojego sztyletu pod brodę. Patrzył na mnie z nienawiścią, jakiej ja nigdy nie czułam. Widziałam gniew w jego oczach i chęć zemsty.
- Wygodnie ci? - zapytałam prowokująco.
Próbował się podnieść, jednak mój sztylet skutecznie go zniechęcił.
- Przepraszam, coś ci nie pasuje?
- Jeśli myślisz, że twoje dotychczasowe życie było piekłem, poczekaj do jutra.
Tak mnie wkurzył, że aż mu przywaliłam w twarz. Syn Hadesa stracił przytomność. Jakoś szczególnie się tym nie przejęłam.
Podbiegłam do Megi, która w tej właśnie chwili otwierała oczy i próbowała się podnieść do pozycji siedzącej. Doskoczyłam do niej i pomogłam usiąść. Córka Ateny rozejrzała się wokoło i ze zdumieniem ujrzała nieprzytomnego Nica leżącego zaledwie kilka metrów dalej.
- Annie?
- Jak się czujesz, Megi?
- Jak ja się czuję? Jak TY się czujesz? Pokonałaś syna Hadesa!
- Jakoś nie dostrzegam wielkości swojego czynu na tle twojego - po czym wskazałam na wszystkich leżących na ziemi herosów, powalonych przez córkę Ateny. Zaśmiała się serdecznie i wskazała głową powiewający na wietrze czerwony sztandar.
- Gotowa na triumf?
- Zawsze.
Chwyciłyśmy go jednocześnie, i nadal trzymając przeniosłyśmy go przez strumień, wygrywając potyczkę. Sztandar zmienił kolor na srebrny, z symbolem rydwanu. Niebiescy wybuchnęli okrzykami radości, a Czerwoni aż zzieleniali ze złości. Nasza drużyna porwała mnie i Megi w wielki strumień w stronę stołówek, trzymając nas nad głowami, jak prawdziwe triumfatorki.

***

- Proszę wszystkich o uwagę! 
Na środek kręgu wyszedł Chejron i stanął przed płomieniem ogromnego ogniska, tak że wyglądał jak z obrazka. Jego sierść lśniła a oczy błyszczały. Jakby chciał przekazać nam jak najwięcej potencjału i doświadczenia w jednym spojrzeniu. Wszyscy zamilkli w jednej chwili. Chejron zaczął mówić:
- Jak wiecie, jutro będziemy mieli specjalnych gości - tu zrobił krótką pauzę na oczywisty aplauz zebranych, po czym kontynuował - więc liczę waszą gościnność i, ekhmn, ogładę. 
- A po ludzku? - zapytał ktoś od Hermesa.
- Mamy się zachowywać jak na herosów przystało, czytaj: nie zrobić wiochy - odpowiedział mu jego kolega, a Chejron, chcąc nie chcąc musiał mu przyznać rację.
- Pięcioro herosów z Obozu Jupiter przybędzie jutro w godzinach południowych. Wierzę, że wszyscy będziecie nas godnie reprezentować. A teraz zapraszam wszystkich na poczęstunek!
Po tych słowach na pustych kamiennych stołach wokół ogniska zaroiło się od najróżniejszych smakołyków. Wszyscy rzucili się do jedzenia, włącznie ze mną. Całe to śpiewanie było naprawdę wyczerpujące. 
Nikt nie usłyszał dźwięku pękającego drewna.
Przygotowałam sobie kanapki z twarożkiem i jabłkiem (wydaje mi się, czy już wspominałam o moich dziwnych upodobaniach kulinarnych?) a kielichowi kazałam wypełnić się chłodnym aloesem. Podeszłam do ognia, który teraz miał kolor ciepłego wschodu słońca i z przykrością podzieliłam się z bogami moją kolacją, akurat miałam pod ręką pęczek winogron. Miałam nadzieję, że mój boski rodzic lubi winogrona.
Kimkolwiek jesteś, pomyślałam, daj mi jakiś znak. Jakikolwiek.
W tym momencie na głowę spadła mi szyszka.
Dzięki, właśnie o to mi chodziło.
A potem kolejna. I jeszcze jedna. Szyszki zaczęły się sypać z nieba jak śnieg zimą.
Wszystko zdarzyło bardzo szybko. Nie trzeba było być filozofem czy astrofizykiem, by zorientować się, że coś jest nie tak tam, w górze. Spojrzałam w niebo, ale zamiast niego ujrzałam zbliżającą się zdecydowanie za szybko koronę ogromnej sosny. Zdążyłam tylko krzyknąć: "Uwaga, drzewo!", nim wielki pień spadł na ognisko, rozpryskując wszędzie żar i palące się drwa. Jak szybko się zaczęło, tak jeszcze szybciej się skończyło. Wszyscy krzyczeli, nawoływali przyjaciół, a grupowi domków liczyli swoich braci i siostry. Drzewo leżało na środku polany i powoli zajmowało się ogniem. Megi doskoczyła do mnie w chwilę potem, jak nas policzyli. Natychmiast zaczęła pytać, czy nic mi nie jest i czy na pewno mam wszystkie palce. Kazałam jej się odwalić, bo kogoś mi brakowało. I to nie byle kogoś. Nie było Maxa, który jeszcze przed chwilą śpiewał ze wszystkimi "Hej, ho, nektaru nalej'.
- Megi - powiedziałam drżącym głosem.
Spojrzała na mnie i widziałam, że wie.
- Max - zdołałam jeszcze wyszeptać, kiedy ta puściła się biegiem do Chejrona.
Ja zostałam tam, gdzie mnie zostawiła i miałam plan się stamtąd nie ruszać, aż ktoś po mnie nie przyjdzie i nie powie, że on nie żyje. Ale on nie mógł zginąć, myślałam. To niemożliwe. Nie on.
Moje myśli galopowały jak szalone. Nawet nie zauważyłam, kiedy moje nogi poniosły mnie pod ogromny pień ogromnego drzew, które wywołało ogromne zamieszanie i zamęt.
On żyje. Musi.
Spokojnie przechadzałam się wzdłuż sosny, dokładnie przyglądając się gałęziom i ziemi. Aż w końcu mój wzrok przykuł szczegół, coś, czego nie powinno tam być, pośród popiołu i igieł. Warkocz kruczoczarnych włosów. Dziewczęcy warkoczyk.
- Na Bogów - wyszeptałam. Rozejrzałam się dookoła. Wokół mnie nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, wszyscy stali dobre kilkadziesiąt metrów dalej, a ja nie byłam w stanie nawet szeptać, zrobiłam więc jedyną logicznie przedstawiającą się w moim umyśle rzecz; zaczęłam kopać. Przekopywałam się przez korzenie i twardą ziemię; łamałam sobie paznokcie i zdzierałam knykcie. Do czasu kiedy wyczułam, jak czyjaś dłoń łapie mnie za nadgarstek. Tak mocnego uścisku nie ma nikt kogo znałam. Więc się postawiłam. Zaparłam się nogami i ciągnęłam z całych sił. Dopiero wtedy podbiegł do mnie jakiś heros, chyba syn Ateny, sądząc po blond włosach ostrzyżonych na jeża i szarych oczach, i pomógł mi wydostać na powierzchnię tego kogoś, kto od pięciu minut siedzi zakopany w ziemi i przywalony drzewem.
Kevin, syn Ateny, zawołał innych na pomoc, która... nie była potrzebna. Nagle drzewo odskoczyło i przeturlało się kilka metrów dalej, a z ziemi wygrzebał się heros uwalany w ziemi i  popiele, otoczony krwiście czerwoną poświatą. Zamiast jednak wyjść z dziury, ten schylił się i pomógł wstać Fionie, dziewczynce, która tego samego dnia rano przyjechała do obozu. Gdy już otrzepał ja z ziemi, przytulił i wyniósł na rękach z mini krateru, rozejrzał się po zbiorowisku.
- Co jest, Chione zamieniła was w lodowe posągi?
Max ochronił ją własnym ciałem przed walącą się sosną.
- Max - odezwałam się pierwsza - jesteś cały czerwony.
- Nic dziwnego, gapi się na mnie dwustu nastolatków. W tym córki Afrodyty!
- Nie, chodzi mi o to, że świecisz się na czerwono. Cały.
Dopiero teraz Max spojrzał po sobie i zdębiał. Ostrożnie odstawił Fionę na ziemię, która natychmiast pobiegła w stronę Piper z zamiarem przytulenia się do niej, i spróbował strzepnąć z siebie czerwoną poświatę. Im bardziej się starał, tym intensywniejsza się ona stawała, aż w końcu przed szereg wyszła Clarisse La Rue i nie śpiesząc się, podeszła do Max'a. W tej chwili nad jego głową rozbłysła głowa dzika, która unosiła się jeszcze przez chwilę w powietrzu, po czym zniknęła.
Clarisse złapała za nadgarstek Max'a, który nie do końca ogarniał, co się dzieje, i uniosła jego ramię w górę.
- Brawa dla mojego brata Max'a, który właśnie otrzymał błogosławieństwo Aresa.

***

Impreza w domku nr 5 trwała całą noc. W całym obozie słychać było muzykę rockową, aż w końcu o czwartej nad ranem Chejron nie wytrzymał, i powiedział, iż bardzo cieszy się z uznania Max'a, ale jeśli się nie uspokoją, cały domek spędzi miesiąc na wachcie w kuchni, zmywając gary w płynnej lawie w uroczym towarzystwie harpii. To ich trochę uspokoiło, i w końcu obóz zapadł w lekki sen. Albo koszmar.
Śniło mi się, że jestem  w lesie. Widziałam płomienie wysokie na kilka metrów i nastolatków bawiących się przy dźwiękach muzyki. To było wczorajsze ognisko, pamiętam dobrze moment, kiedy Leo wysypuje na głowę Dave'a cały kubeł świeżego lodu. Patrzyłam na wszystko z boku. Wszystko wyglądało tak idealnie, jak z wyreżyserowanego filmiku. wtedy go ujrzałam. Stał oparty plecami o sosnę. Tą, która za chwilę przygniecie Max'a! 
- Ej ty! - rzuciłam z rozpędu - Kim jesteś? Wynoś się!
Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Podeszłam więc do niego i chwyciłam za ramię. Było lodowate. Wreszcie na mnie spojrzał, a kiedy to zrobił, nie zdołałam się poruszyć. Mogłam tylko patrzeć, jak spod pazuchy wyciąga srebrny przedmiot wielkości łyżki do ciasta i celuje w miejsce u podstawy drzewa. Tam, gdzie wycelował, pień przemarzł i złamał się pod własnym ciężarem. Jedyne, co jeszcze pamiętałam, to tatuaż na jego lewej dłoni, przedstawiający węża.

***
Mało kto docenił, że to JA znalazłam Max'a i Fionę. Mało kogo obchodził fakt, że to JA zdobyłam sztandar. Mało kogo obchodził fakt, że JA po prostu NIE mogłam dostać szlabanu! Naprawdę, mało kogo to obchodziło, a pana D w szczególności.
Pan D, jak się okazało, wcale nie był milusim panem D, jak to go tu wszyscy nazywają. Najwyraźniej ja i mój mózg nie załapaliśmy sarkazmu.
Pierwsza myśl, gdy widzisz pana D, to FUJ. Pan D, jak na kogoś tak wysoko postawionego, wyglądał dość obleśnie. I nie mówię tu o jego stuletnim zaroście czy zjechanych sandałach. Mówię o jego paskudnej, ufyflanej w czym popadnie hawajskiej koszuli, za dużych bermudach, niegdyś koloru błękitnego i totalnie pozbawionego jakichkolwiek emocji wyrazu twarzy. Nie wita się z tobą, jak na dyrektora przystało. Obczaja cię wzrokiem, a ty masz ochotę schować się za jeden z licznych, wiklinowych foteli ustawionych w jego gabinecie.
- Kto to? - zapytał, ładując sobie winogrono do ust i popijając je dietetyczną colą. - Nowa?
Megi wywróciła oczami, po czym zaprowadziła mnie na środek gabinetu. Kilka minut wcześniej powiedziała, że jeśli nie pójdę z nią do pana D i nie powiem, co stało się wieczorem, będzie ŹLE przez duże Ź. Więc poszłam. I to był błąd.
- Dzień do... - zaczęłam, ale pan D machnął na mnie ręką i znowu zaczął jeść owoce, tym razem aronie.
- Ne obchodzi mnie kim jesteś, raczej co się zdarzyło wczoraj wieczorem.
Otworzyłam usta gotowa odpowiedzieć, i nagle wszystko wyleciało mi z głowy, a z moich ust zaczęły wychodzić słowa, które na pewno nie przeszły kontroli w moim mózgu.
- Kiedy nikt nie patrzył przemknęłam się na skraj lasu i wykradzioną dzieciom Hefajstosa spiżową siekierą po prostu ścięłam drzewo, które miało pogrzebać syna Zeusa i spowodować wojnę między obozem Herosów i obozem Jupitera.
W chwili, gdy skończyłam mówić, zapomniałam, co powiedziałam. Spojrzałam po twarzach Megi i pana D, którzy patrzyli na mnie jak na intruza we własnym domu.
- Co jest? - zapytałam zdezorientowana.
- Coś ty właśnie powiedziała? - pan D zastygł z ręką wyciągniętą w stronę misy z owocami.
- Ja... - zastanowiłam się, co powiedziałam. W głowie miałam pustkę. Rzuciłam Megi przerażone spojrzenie i pokręciłam głową.
- Panie D... - zaczęła Megi, ale mężczyzna nie pozwolił jej dokończyć. Wstał ociężale i pochylił się nade mną, przeszywając mnie wzrokiem.
- Chcesz mi powiedzieć... - jego szept sprawił, że jeszcze bardziej się przeraziłam. Wolałabym już, żeby krzyczał. - ... że chciałaś zabić jedynego żyjącego syna Zeusa i spowodować wojnę, którą prawdopodobnie byśmy przegrali?
- Ale...
- Chcesz mi powiedzieć, że poświęciłabyś swoich przyjaciół i nas wszystkich tylko po to, by...!
- Dionizosie! - krzyknęła Megi, nadając tym samym imię gburowi w hawajskiej koszuli. No więc, pan D to tak naprawdę Dionizos, bóg wina i winorośli, dzikiej natury, pan satyrów. Zatkało mnie. Opuściły mnie jakiekolwiek uczucia, strach, niepokój. Nie czułam nic. Stałam tylko i nie mogłam uwierzyć, że jeden z bogów olimpijskich, właśnie na mnie nakrzyczał.
- Panie D, Dionizosie, ja... - zapowietrzyłam się. Odchrząknęłam i zaczęłam od początku, tym razem pewniej. - Panie Dionizosie. Nie wiem, co powiedziałam, ale jestem przekonana, że nie była to prawda. Prawdą natomiast jest to, że jedyną osobą, która szukała kogoś pod drzewem, byłam ja. Znalazłam Fionę i Max'a, i na pewno nie dlatego, że źle im życzę.
Megi kiwała głową tym energiczniej, im bliżej końca zbliżała się moja krótka przemowa.
- Dionizosie, nie zaprzeczysz, że brzmi to dużo bardziej przekonująco.
- Nie wiem, co jest przekonujące, a co nie, bo obie wersje wydają się tak samo prawdziwe.
- Panie D, musi pan uwierzyć. To nie ona.
- Przepraszam? - zapytałam cichutko. - czy mogę coś powiedzieć?
- NIE!
- TAK!
Krzyknęli jednocześnie bóg i Megi. Sumienie podpowiadało, żeby nie podpadać bogu i się zamknąć. Jednak wiedziałam, że Megi chce po prostu usłyszeć wszystkie wersje.
- No więc... - byłam ledwo słyszalna. Megi pokiwała głową na zachętę. Dionizos przejechał sobie palcem po szyi, jakby chciał sobie uciąć głowę. Przełknęłam głośno ślinę i kontynuowałam nieco tylko głośniej. - Miałam sen.
Megi odetchnęła z ulgą a pan D wywrócił oczami, zrezygnowany. Posadził swój boski tyłek z powrotem na wiklinowy fotel i machnął ręką, żebym mówiła dalej.
- Nie wiem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale...
- Ma, wierz mi, ma ogromne znaczenie - wtrąciła Megi.
- Okej... W każdym razie, śnił mi się wczorajszy wieczór. Ale ja w nim nie uczestniczyłam, raczej oglądałam wszystko z boku. Stałam w lesie, tuż na granicy z polanką, na której mieliśmy ognisko. I był tam ktoś jeszcze. Nie dostrzegłam jego twarzy. Jedynie tatuaż węża an jego dłoni. Wyjął coś z wewnętrznej kieszeni marynarki i zamroził tym drzewo. Potem się obudziłam.
Pan D i Megi spojrzeli po sobie, miny mieli nietęgie.
- Myśli pan, że to Dysnomia?
- Wraz z rodzeństwem, tak właśnie myślę.
- Ekhmn - wcięłam się - przepraszam, ale co to ta cała Dyskonia?
- Megi, zabierz proszę koleżankę i zapoznaj z harpiami. Spędzi tam dzisiejszy dzień zmywając gary.
- Ale...- próbowałam się bronić.
- Bez dyskusji! A teraz żegnam!

piątek, 4 lipca 2014

PRAWIE W TERMINIE

OCH OCH, odzyskałam komputer!!!!!!!!! (podobno ludzie, którzy wstawiają więcej niż trzy wykrzykniki na koniec zdania, mają problemy psychiczne...)

Na szybko i w rozgardiaszu:

ŻYCZĘ WSZYSTKIM CUDOWNYCH WAKACJI, PEŁNYCH NOWYCH ZNAJOMOŚCI, DOBREGO JEDZENIA, NOWYCH KSIĄŻEK DO PRZECZYTANIA I TYCH STARYCH, DO KTÓRYCH SIĘ WRACA, NO I OCZYWIŚCIE DUUUUŻO RADOŚCI!!!

życzy mammariss pogrążona w papierkowej robocie (harcerstwo ble fuu)

KOCHAM I DZIĘKUJĘ!

A teraz na poważnie:

Notka będzie, jeszcze w lipcu, tylko nie wiem dokładnie kiedy. Wyjeżdżam i nie będę miała możliwości dorwać się do komputera i coś napisać. Będę robić zapiski w zeszycie, a potem, jak zawsze, wymyślać na bieżąco :P
Niestety, z resztą wakacji krucho... 14 wyjeżdżam na obóz harcerski i nie będzie mnie aż do 4 (!) sierpnia...
JAK BĘDZIE, TAK BĘDZIE, ale nie martwcie się! mammariss wróci po 4.08! (mam nadzieję iks de)


LOVKY KOLOROFKY (tak bardzo gimbus)
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

wtorek, 17 czerwca 2014

ROZDZIAŁ VIII


 hmmmnnnm....
Powiedzmy, że zrobiłam to celowo.
Albo skłammy i uznajmy, że jestem wredna.
Nie wiem, czy wiecie jak to jest, zawiesić bloga i napisać w tydzień rozdział!
Przysięgam, byłam pewna, że mi głowa wybuchnie, a poczucie winy zaleje i utopi...
Nie zrobiłam tego specjalnie, broń boże!
W każdym razie, przepraszam i zapraszam do lektury!

***

Kolejka do zbrojowni była tak długa, że zdążyłabym przelecieć się do Anglii, przejechać London Eye, wstąpić do Muzeum Figur Woskowych i wrócić do obozu, a ona zostałaby w miejscu. W każdym razie stałam na szarym końcu, kiedy Megi złapała mnie za przegub nadgarstka i pociągnęła za sobą na sam początek kolejki. Czarne pukle córki Ateny łaskotały mnie po nosie, a kiedy przeciskałyśmy się przez tłumek przy wejściu do zbrojowni, miałam wielką ochotę potężnie kichnąć. Córka Ateny przecisnęła się do środka pomieszczenia i zamachała do jednego z chłopaków rozdających broń, a ten bez słowa siegnął za wielką szafę i wyciągnął zza niej długą pochwę z brazowej skóry i ze skórzanym paskiem. Rzucił nią przez pół pomieszczenia zprost w wyciągnięte ręce Megi. Ta złapała ją bez problemu i od razu przymocowała ją paskiem do biodra. Spojrzała na mnie znacząco, na co wskazałam jej jedynie rękojeść mojego pięknego sztyletu wystającą mi zza paska. Kiwnęła głową i zaczęłyśmy się z powrotem przeciskać do wyjścia.

***

Cały obóz, poza mieszkańcami domku nr 4 zebrał się na polanie przed wejściem do lasu. Było nas prawie dwie setki. Wyglądaliśmy jakbyśmy szli na wojnę z samymi bogami. Wszyscy byli ubrani w spiżowe zbroje w kórych odbijało się popołudniowe słońce. Nasze miecze i sztylety obijały się o uda, łuki o plecy, a hełmy z pióropuszami łaskotały trzymane pod pachą. Kiedy na sam środek polany wkroczył Chejron, ubrany w skórzany kaftan i z łukiem na plecach, wszystkie rozmowy i śmiechy ucichły. Każdy wpatrywał się w centaura i łowił z jego ust każde słowo.
- Obozowicze! Za chwilę rozpocznie się bitwa o sztandar!
Odpowiedziała mu salwa krzyków i głośnych wiwatów. Ja sama również krzyczałam, choć właściwie nie miałam pojęcia, co się zaraz zacznie. Wiedziałam tylko, że domek Aresa jest wyjątkowo podjarany. A to mogło oznaczać jakąś jatkę.
- Choć większość zna zasady, powtórzę je dla kilku nowiocjuszy. Choć paru ze starszych obozowiczów chyba o nich zapomina.
Bracia Hood wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a Connor niby od niechcenia poklepał się po kieszeni.
PLAN DZIAŁANIA NA DZISIEJSZĄ GRĘ:
1. za wszelką cenę unikać kontaktu z braćmi Hood.
- Gra jak zawsze toczyć się będzie w lesie - kontynuował swoje przemówienie Chejron. - Jak wiecie, grasują tam przeróżne stworzenia, które za wszelką cenę będą się starały, jak by to ująć, przeszkodzić w wydostaniu się z lasu cali i zdrowi.
- Czyli, mocno upraszczając i pozbawiając wszelkich ozdobników, będą starały się nas zabić. Pomijając fakt, że nawzajem też będziemy próbowali to zrobić - mruknęła Megi, a ja spojrzałam na nią szczerze przerażona a moje obawy, że znalazłam się wśród jakiś popaprańców powróciły ze zdwojoną siłą, i wtedy właśnie uświadomiłam sobie na dobre, że przecież ja też jestem popaprańcem. Jestem herosem i właśnie idę się ponawalać na miecze z innymi herosami po to tylko, by zdobyć jakąś głupią flagę zawieszoną na patyku. Ręce mi się zaczęły trząść, ale wtedy właśnie ktoś mnie za nie złapał. Megi trzymała moje dłonie w swoich i uśmiechała się do mnie szeroko.
- Spokojnie, ofiar śmiertelnych nie było od kilku lat. Jedynie złamania, rozcięcia, czasami zdarza się oddzielenie jakiejś części ciała od... ciała. Ale to normalka, luzik, nic złego się nie stanie.
Przyznaję, miałam ochotę wziąć nogi za pas i nigdy tam nie wracać.
- Jeśli chciałaś mnie pocieszyć, to od razu ci powiem, że słabo ci to wyszło.
W odpowiedzi jedynie uśmiechnęła się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle było możliwe. W rezultacie ominęło mnie pół monologu Chejrona, który dotarł już do dzielenia nas na drużyny.
- Aktualnie sztandar jest w posiadaniu domku Hefajstosa.
Wysoki brunet w lekko kręconymi włosami wydarł się w niebo głosy wywalając pięść ku górze. Strzelałam, że to grupowy domku nr 9.
- W drużynie niebieskiej razem z domkiem Hefajstosa będą Hermes, Atena i Hemera. Drużynę czerwoną tworzyć będą Ares, Afrodyta, Apollo, Hypnos i Posejdon.
Czyli moje plany unikania braci Hood spełzły na niczym. Jak unikać kogoś, kto jest z tobą w drużynie...?
Nasze pióropusze na hełmach zmieniły kolor na taki, w jakiej drużynie się znaleźliśmy. Centaur odczekał chwile, aż rozmowy ucichną i dodał:
- Nie chcę żadnych ostrych pojedynków. To zabawa, nie walka na śmierć i życie. Wygrywa drużyna, która pierwsza przeniesie zdobyty sztandar przez granicę, którą jak zwykle jest strumień. Ja będę krążył wokół pola rozgrywki jako sanitariusz. Powodzenia.
Wszyscy ruszyli do lasu. Tylko ja stałam wciąż w miejscu, nie do końca wiedząc, czy chcę do niego wchodzić.
 Zrobiłam pierwszy krok.

***
 
Las wyglądał jak każdy inny las na świecie. Miał drzewa liściaste, iglaste, mnóstwo liści chrzęściło ci pod nogami kiedy szedłeś, no i krył w sobie trochę potworów. Niestety nie chodzi mi o małe potworki typu moskity czy mrówki. Chodzi mi o wielkie, śmierdzące śmiercią potwory z krwi i kości. Z zębami długimi jak moje dłonie i oczami przeszywającymi cię na wylot.
Moja drużyna, niebieska, swój sztandar umieściła na niewielkim wzniesieniu wolnym od mikroskopijnych drzewek, krzewów i mrowisk, a obrońcy mieli stamtąd bardzo dobry widok, czy nie nadchodzą czerwoni. Oczywiście, jeśli na się za przeciwnika kogoś takiego jak domek Hypnos, który potrafi zasnąć na stojąco z otwartymi oczami, nie ma się czego obawiać. Jednak kiedy ma się za przeciwnika i Hypnosa, i Aresa... Może z tego wyniknąć niezła mieszanka. Wybuchowa. Chodzi mi o taki wybuch jak przy atomówce.
Na szczęście Hermes był w drużynie z Ateną, więc ja, Max i Megi prawie całą grę trzymaliśmy się razem. Na samym początku, kiedy Chejron dał dowódcom, to jest Hefajstosowi i Aresowi, czas na ustalenie taktyki, na szczyt wzniesienia wskoczył wysoki chłopak, który wcześniej wymachiwał sztandarem. Miał elfią urodę i boski uśmiech, który właściwie nie schodził mu z twarzy.
- Musimy utrzymać sztandar na pozycji! Czerwoni nie mogą przedrzeć się przez naszą linię obrony! Hemera i Hefajstos wyjątkowo staną na czatach. Musicie być czujni! Hermes i Atena przeszukują las w poszukiwaniu sztandaru czerwonych! Do dzieła, drużyno!
Dookoła rozległ się taki wrzask, że aż przytknęłam dłonie do uszu, zapomniawszy, że mam na głowie żelazny hełm. 
2. Pozbyć się hełmu, który prawdopodobnie uratuje mi życie, ale jest cholernie niewygodny.
- A ty co zamierzasz robić, Valdez?
Zapytał jakiś chłopak z włosami pofarbowanymi na fioletowo. Obstawiałam syna Hemery. Oni wszyscy byli lekko szurnięci. Gdybyście zobaczyli Bonnie. Rudy szaleniec.
Valdez odnalazł go wzrokiem w tłumie nastolatków i uśmiechnął się rozbrajająco. Zeskoczył zgrabnie z wzniesienia i podszedł lekko do narwańca.
- Ja będę łoić tyłki paru moim kolegom z obozu. W przeciwieństwie do ciebie, bo ty nie masz kolegów. 
I odszedł, wymachując w dłoni swoim mieczem. Cholerny pozer.
Miałam wielką ochotę zacząć mu klaskać, ale pozwoliłam sobie tylko na szeroki uśmiech i znaczące spojrzenie w stronę Megi, która wcale nie była tak zachwycona. Zaczepiła chłopaka kiedy przechodził obok nas i powiedziała wystarczająco głośno, żeby wszyscy mogli usłyszeć.
- Kogo ty oszukujesz, Leo. I tak wszyscy wiedzą, że pójdzie zaszyć się w bunkrze nr 9 i zaczniesz dopracowywać jakiś cholerny projekt, a potem zbierzesz albo laury, albo baty.
Osta ułożyły mi się w wielkie "O", ponieważ nie sądziłam, że Megi może być tak złośliwą bestią. Trąciłam ją w ramię, w szczerym podziwie.
Hefajstos ustawił się na wyznaczonych przez Leona pozycjach, a większość z nas rozbiegła się w las, niecierpliwie wyczekując dźwięku konchy, rozpoczynającego potyczkę.

W tym całym szaleństwie podobało mi się jedno: wszyscy byliśmy równi.
No... Może prawie wszyscy...

Na pewno nie jedno z Was zetknęło się kiedyś z kimś pokroju Katji czy Toma. Ja również. I to nie raz. Nawet teraz, w obozie półbogów, musiała znaleźć się taka osoba.
Miał na imię Dave. Był synem Hemery. I miał fioletowe włosy.
Od lat zadaję sobie pytanie, co takiego zrobiłam, że zawsze trafiam na typków, którzy najchętniej by mi ogolili głowę, gdy będę spać.
Wpaść na Dave'a mógł każdy. Ale musiałam być to ja. Musiałam zdeptać jego stopy i przywalić mu
tarczą w ramię. Musiałam, bo inaczej nie nazywam się Leanne Aslin.
Kiedy z przerażeniem odwracałam się, żeby zobaczyć, kogo tym razem stratowałam, miałam nadzieję, że przeproszę i będzie po sprawie. Ale nie.
- Bogowie, tak bardzo cię przepraszam, nie zauważyłam cię.
Spojrzał na mnie jak na najgorsze ścierwo z najgłępszych czeluści Tartaru, uśmiechnął się słodko i splunął mi prosto w twarz. Przyznaję, że miałam ochotę rzucić się na gada, jakiekolwiek konsekwencje by tego były.
Na szczęście, albo nieszczęście, odezwało się we mnie moje mądrzejsze i przyjaźniejsze JA, więc po krotkiej walce samej ze sobą, najzwyczajniej w świecie odwróciłam się na pięcie z zamierem oddalenia się z godnością i popytaniem ludzi, czy któreś z nich nie schowało pod napierśnikiem chusteczek higienicznych. Niestety, ktoś miał bardzo dobry refleks i cholernie mocny uścisk.
 - Łołoło! Gdzie ci tak śpieszno, księżniczko?
Normalnie nie miałabym nic przeciwko nazywaniu mnie księżniczką, ale możecie sobie wyobrazić moją sytuację. Opluta, ubrana w zbroję, stoję przez doświadczonym herosem, trzymającym w ręku (przy okazji, wciąż nie wiem, jak to możliwe, że tak szybko znalazł się w jego dłoni) spiżowy miecz, uniesiony czubkiem ku górze, tak że celował mi centralnie między moje zielone oczy. Nie żeby mi to szczególnie przeszkadzało, ale kiedy koleś mierzy mi mieczem pomiędzy oczy, to chyba mam prawo się zestresować, prawda?! Niestety, moje ADHD zadziałało i tym razem. W walce na słowa z farbowanym osiłkiem, nie wręcz z piekielnym ogarem. I szczerze powiedziawszy, nie wiem, co gorsze.
Wytarłam twarz z jego śliny i spojrzałam na niego z otwartą wrogością, przy okazji każąc zamknąć się mojemu sumieniu.
- Właśnie idę po swojego smoka, żeby przypalił ci ten fioletowy tupecik.
Dave'a zatkało, a w tłumie pozostałych obozowiczów rozległy się nieśmiałe oklaski. Rozejrzałam się i jedyne co zobaczyłam, to ogromny pysk spiżowej bestii tuż nad moją głową. Na jej grzbiecie siedział uśmiechnięty od ucha do ucha Leo.
- Ktoś mówił coś o smoku?
Uśmiechnęłam się.

***

Gra rozpoczęła się pięć minut później. Roześmiana Megi pociągnęła mnie między drzewa w stronę, w którym wydawało się udali się czerwoni. Max przepadł pośród tłumu rozchichotanych nastolatków.
Biegłyśmy pod górkę dobre piętnaście minut, kiedy moje kolana zaczęły się buntować.
- Megi, zwolnij, błagam.
Zatrzymała się na szczycie kolejnego wzniesienia i obejrzała się na mnie. Musiałam wyglądać nieciekawie, bo podbiegła do mnie z przerażoną miną i złapała za ramiona.
- Annie, wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
Opadłam ciężko na ściółkę i włożyłam głowę między kolana, żeby skupić się na dostarczeniu jak największej ilości tlenu do mózgu. Chwilę później mój oddech był wyrównany, a ja mogłam skupić się na rozmasowywaniu kolana. Megi podsunęła mi pod nos opakowanego w niebieski papierek batona o niezidentyfikowanym kolorze. Spojrzałam na nią nieufnie, ale wzięłam batona i powąchałam go. Rozśmieszyłam tym córkę Ateny, która przysiadła się do mnie i zachęcająco szturchnęła mnie w ramię.
- Spokojnie, to ambrozja. Każdy z herosów nosi przy sobie trochę boskiego pokarmu w razie nagłych wypadków.
- Takich jak ten? - wtrąciłam.
- Nie do końca. Zazwyczaj są one trochę bardziej drastyczne, jak stracenie czucia w nodze lub po prostu jej brak... 
Ugryzłam koniuszek masy batonowej. Smakowała jak galaretka z truskawkami.
- Znam to. Jadłam już coś takiego, prawda?
- Prawda. Leczymy się tym. Przyspiesza gojenie się ran. Jak smakuje?
- Jak... galaretka z truskawkami. Dziwne, ostatnio bardziej kojarzyło mi się z lodami waniliowymi.
- Tak to czasami jest. Ambrozja ma to do siebie, że smakuje jak nasze ulubione danie. Za każdym razem wyczuwasz coś innego, ale to wcale nie jest coś strasznego. To znaczy, że się nie ograniczasz. Czerpiesz przyjemność ze wszystkiego po trochu. To nawet lepiej. Jesteś wyjątkowa, jeśli chodzi o twoje upodobania kulinarne.
Uśmiechnęłam się. Ciekawe, ale ból w kolanie zniknął, a ja mogłam z powrotem biec szukać wrażeń.

***

Pierwszych przeciwników spotkałyśmy w połowie drogi do strumienia. Stali oparci o swoje włócznie nie zwracając uwagi na otoczenie. Trzech czerwonych, dziewczyna i dwóch chłopaków, nie spodziewali się, że Megi postanowi sobie z nich zadrwić. Ta dziewczyna z minuty na minutę robiła się coraz bardziej drapieżna. Taka Megi mi się podobała. 
- Leanne? Co ty na to, abyś odwróciła ich uwagę, a ja w tym czasie sprawię małą niespodziankę naszym leniuchom?
Nie czekając na odpowiedź wycofała się głębiej w las. A ja wręcz przeciwnie. Wkroczyłam prosto w plamę światła oświetlającą jedno z niezliczonych miejsc wolnych od drzew. Nawet stojąc w pełnym słońcu, świecąca się jak flara, nie zwróciłam na siebie uwagi czerownych. Najwyraźniej tak się rozleniwili, że nie zauważyliby stada cenraurów przebiegającego im przed nosem.
Zaaranżowałam widowiskowe podknięcie i naprawdę runęłam przed siebie jak długa, przy okazji obtłukując sobie łokieć.
Wreszcie! Zauważyli mnie leżącą na ziemi i plującą ziemią.
- Nowa?
Podniosłam się na nogi i otrzpałam z liści.
- Aż tak to widać, hę?
Uniósł brew ku górze, co mówiło samo za siebie.
- Nie za dobrze wam tutaj, w słoneczku, bez konieczności walki? - zmieniłam temat.
Wzruszył ramionami. Złote loki wystawały mu spod hełmu i miał niebieskie oczy, więc musiał być synem Apolla. Jego partnerzy mieli takie same nosy i miękkie włosy koloru kawy. Obstawiałam Afrodytę. Nic dziwnego więc, że schowali się z lesie i udają, że nie istnieją. Afrodyta słynęła z tego, że jeśli nie musiała czegoś robić, to tego nie robiła.
- Więc... Powiecie mi, w którą stronę do waszego sztandaru?
Prychnęli. To było do przewidzenia.
- To tak jakbyś pytała, czy podam ci numer mojego konta w banku. Myślę, że czas się pożegnać.
Mówiąc to wysunął z pochwy długi miecz i wymierzył we mnie. Była to już druga osoba, w ciągu pół godziny, która mierzyła we mnie bronią. Miałam szczerą ochotę z tym skończyć.
- Gdzie z tą wykałaczką! - wykrzyknęłam, jednocześnie dobywając mojego sztyletu.
- Mniej więcej w twoje udo, dokładnie w pachwinę.
- Chcesz żebym się wykrwawiła?
- Jakoś szczególnie mi na tobie nie zależy.
Otworzyłam szeroko usta, żeby odpowiedzieć, ale w tej chwili Megi postanowiła się rozerwać. I wyszło jej to całkiem nieźle.
Nie pytajcie mnie, jak ona weszła na to drzewo. Ani jakim cudem nie połamała się zeskakując z niego. I skąd wytrzasnęła sieć rybacką, którą wyjątkowo celnie zarzuciła na głowy czerownym. A te kulki z różową i zieloną farbą to chyba wyczarowała z powietrza!
Jak się może domyśliliście, nasi przeciwnicy wyglądali jak figura z kolorowego wosku na paradę rybaków.
Naprawdę próbowałam się nie śmiać. Ale z tego próbowania wyszło co zwykle. Po chwili zaśmiewałam się w najlepsze, a syn Apolla patrzył na mnie jak na potencjalną ofiarę.
Kiedy wreszcie Megi wyłoniła się spośród drzew skleiłam z nią piątkę i zaśmiałam, machając na odchodne półbożym pisankom.
 
***


- Skąd je wytrzasnęłaś?
Szłyśmy już od dziesięciu minut, słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, przyjemnie przebijając się przez poszycie lasu.
Spojrzała na mnie nie rozumiejąc.
- Kulki z farbą. Nie powiesz mi chyba, że wyczarowałaś je z powietrza.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Ach, to. W lesie jest wiele skrytek, trzeba się nauczyć z nich korzystać. Kojarzysz Leona? Grupowego domku Hefajstosa i lekko walniętego smoczego jeźdźca?
Przypomniałam sobie elfią urodę Leona. Był naprawdę przystojny, a do tego szurnięty. Półboski ideał.
- Coś tam kojarzę.
- Powiedzmy, że jest obdarzony trochę większym talentem od swojego rodzeństwa: panuje nad ogniem. Czasami jest jak Supernowa. Wszyscy mają koszmary, że Leoś w pewnego dnia straci nad sobą kontrolę i nas wszystkich spali.
Okej, NIE ideał.
- Super. Ale co ma Leo do skrytek w lesie?
- Och, no tak, wybacz, rozkojarzyłam się. Leon znalazł ukryty w lesie bunier nr 9; to znaczy należący do domku Hefajstosa. Znalazł tam mnóstwo projektów do zrealizowania, międyz innymi Festusa.
- A Festus to...?
- Spiżowy smok na którego grzbiecie go dzisiaj widzieliśmy.
- Acha...
Szłyśmy dalej.
Aż wpadłyśmy prosto w zasadzkę.

***

Byłyśmy tak zajęte sobą i rozmową, że nie zauważyłyśmy piętnastoosobowej grupy czyhającej na nieodpowiedzialne heroski, takie jak ja i Megi. Otoczyli nas, a my nie mogłyśmy nic zrobić. Największe rozczarowanie przeżyłam, gdy Megi szturchnęła mnie w ramię i wskazała mi coś ponad głowami przeciwników. Był to powiewający na wietrze sztandar czerwonych. Jęknęłam rozpaczliwie. Tak blisko, a tak daleko!
Przed szereg wyszedł wysoki i chuderlawy chłopak, z czarnym mieczem u boku i pierścieniem z czaszką. Był może w moim wieku, może młodszy, co wcale nie wpływało na poziom strachu, jaki ogarnął mnie, gdy na niego spojrzałam. Biła od niego pewność siebie.
- No no no... - wycedził przez zęby. - Kogo my tu mamy?
Megi poruszyła się niepewnie, a jej ręka jakby od niechcenia trafiła na rękojeść jej miecza.
- Nico. Wydaje mi się, czy Hades nie został przydzielony do żadnej drużyny.
- Racja. Sam się przydzieliłem.
- O ile mi wiadomo, jeszcze rano nie było cię w obozie.
- Ach tak. Zgadza się, pomagałem Hazel z paroma upierdliwymi kościotrupami.
- Super.
- Kim jest twoja koleżanka?
Skinął na mnie, a ja odruchowo się cofnęłam. Nie podobał mi się ten chłopak, nie podobał mi się sposób, w jaki mówił o kościotrupach i jego lekceważąca postawa. Ani sposób, w jaki na mnie patrzył.
- Leanne. Nowicjuszka.
Zmierzył mnie wzrokiem a jego końciki ust uniosły się lekko ku górze.
- Widzę - powiedział, a potem jakby zwrócił się bezpośrednio do mnie. - Zajeżdża od ciebie morską wodą.
Zmarszczyłam brwi.
- Że co proszę?
- On żartuje! - wtrąciła się Megi i pociągnęła mnie do jednego krańca kręgu. Czerwoni ścieśnili się i spojrzeli na nas srogo.
- Megi... - wypiszczałam wręcz. Rzuciła mi uciszające spojrzenie i zwróciła się do Nica.
- Nie macie może czegoś fajnego do roboty jak, no nie wiem, poszukiwanie Leona na Festusie? O ile dobrze pamiętam, zamierzał was stranować i wziąć sobie sztandar.
Rzuciłam jej zdziwione spojrzenie, bo ja szczerze powiedziawszy, zapamiętałam tylko, że miał zamiar skopać parę tyłków.
-Ym, Megi?
- Przymknij się, Annie.
Czerwoni wciąż i wciąż się ścieśniali, tworząc zwarty krąg. W ich dłoniach połyskiwały miecze, włócznie, łuki i sztylety. Miałam ochotę zetrzeć im z twarzy te drwiące uśmieszki.
Nico stał na ich czele, a jego uśmiech drażnił mnie najbardziej ze wszystkich.
- Miło się rozmawiało, Megi. Ile to już lat, dwa?
-Trzy i pół.
- W każdym razie: żegnajcie. Mamy do zdobycia pewien sztandar, ale was to już nie dotyczy.
Odszedł machając nam wolną dłonią, a za nim połowa czerownych, którzy nas otaczali. Niestety, druga połowa została i nadal mierzyła do nas z broni.
- Mamy przechlapane... - zdążyła jeszcze  mruknąć Megi, zanim pierwszy czerwony zaatakował.

***

 Pierwszy rzucił się na córkę Ateny ze swoją przeraźliwie długą włócznią.
3. Przeżyć.
Megi przymrużyła oczy i niemal mogłam dostrzeć przesuwające się w jej mózgu trybiki, kiedy obmyślała taktykę i formę kontrataku, którą mi przepięknie wyłożyła w ciągu pięciu sekund.
- Będą atakować pojedynczo, nie chcą ryzykować zbyt dużej liczby obrażeń. Ty bierzesz tych z tyłu, ja zatrzymuję tych tutaj. to głównie Ares i Apollo, więc uważaj na strzały, mogą być zatrute, tak samo włócznie. I jeszcze jedno:
Pamiętaj, atak jest najlepszą formą obrony.

Zaatakowałam.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

POTRZEBUJĘ CHUSTECZEK.

Tak bardzo chciałabym Wam powiedzieć, że mam dla Was wyrąbaną w kosmos notkę, długą jak mur chiński i szeroką jak moja dupa, ale... NIESTETY. NIE MAM.
I jest mi naprawdę bardzo przykro, bo lubię pisać tego bloga. I muszę się zebrać w sobie, żeby jednak kontynuować tę historię. Kocham Leanne i nie zamierzam jej porzucać :)
Musicie uzbroić się w cierpliwość. Koniec roku, trzeba się podlizać nauczycielom i popoprawiać co się da... Nienawidzę szkoły. Zabiera nam wszystko, co kochamy i zostawia to, czego nie znosimy.
grrrrrr
Tak więc, muszę to powiedzieć:
ZAWIESZAM BLOGA NA CZAS NIEOKREŚLONY (znając mnie, pewnie do wakacji)
PRZEPRASZAM WAS I JEST MI WSTYD.


(boże, to jest dłuższe od mojej pierwszej notki.... )

piątek, 9 maja 2014

ROZDZIAŁ VII


 Ojej! Patrzcie, co tu się znalazło! I to całkiem szybko! :o 
rozdział nie najdłuższy, nie najktótszy, najlepszy też nie, ale mama mammariss jest z niego dumna :')
Bon apetit! albo po prostu: miłego czytania!!

***

Po pierwsze: wreszcie mogłam pozbyć się kul (które, swoją drogą, są naprawdę nieporęczne)
Po drugie: pierwsze, co zrobiłam kiedy w końcu zeszłam z drzewa (przy okazji spadając z ostatniego schodka tej przeklętej drabinki) i stanęłam pewnie na nogach, to powiedzenie na głos: DAJCIE MI JEŚĆ.
Jak na dziewczynę lat piętnaście jadłam naprawdę dużo. Jakbym była jakimś sportowcem potrzebującym potrójnych porcji jedzenia, żeby jakoś przetrwać dzień.  Żarłam i żarłam, nic więcej nie robiłam, w końcu moja mama się zaniepokoiła i wysłała mnie do dietetyka, ale kiedy ten stwierdził, że mam znakomitą przemianę materii, i wygląda na to, że uprawiam dużo sportu,  przez co automatycznie pochłaniam więcej. Dobry żart. Ja i sport? Mama odpuściła sobie wizyty u specjalistów, kiedy piąty z rzędu stwierdził to samo. Mama powiedziała wtedy: "Uff! To nie rak!", a ja uciekłam z domu na trzy dni. Sama do końca nie wiem, czemu.
Omal nie zeszłam nan zawał, kiedy z drzewa po lewo wyszła dziewczyna. Dosłownie się z niego wyłoniła. Nie pytajcie mnie, jak to zrobiła. Musiała być po prostu super szczupła. Była młoda, nie mogła mieć więcej jak 16-17 lat, była niższa ode mnie i prawdopodobnie od każdego kto nie osiągnął wieku jedenastu lat. Miała włosy długie do pasa i mieniące się wszystkimi odcieniami pomarańczowego oraz niesamowicie zielone oczy. Miała elfią urodę i spiczaste uszy. Ubrana była w liliowy chioton i sznurowane sandały. 
- Na Zeusa! Chcesz mieć na sumieniu biedną i głodną nastolatkę?
Zarumieniła się na zielono. 
- Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć.
- Na chęciach się skończyło...
- Jak ci na imię?
Dziewczyna jest bezpośrednia...
- Mam na imię Leanne, ale wszyscy mówią mi Annie. A tobie? Stokrotka? Paprotka? a może Wiewióreczka z woreczka?
Chyba nie załapała żartu, bo zawstydziła się i nerwowo rozejrzała się wokoło. Odpowiedziała po chwili, ze wzrokiem wbitym w swoje stopy.
- Mam na imię Kalina.
Kalina malina, miałam ochotę powiedzieć, ale nie chciałam jej jeszcze bardziej peszyć.
- Miło mi. Słuchaj, czy wiesz może, gdzie znajdują się stołówki? Totalnie straciłam orientację, wiem tylko, że jeśli zaraz czegoś nie zjem, umrę z głodu i trzeba będzie mnie gdzieś pochować.
- My tu nie chowamy. My palimy zwłoki - Rzuciła to ot tak sobie i chyba nie do końca świadomie, ale i tak przeraziła się i zasłoniła sobie usta dłonią, jednocześnie mnie przepraszając za swój brak taktu, co brzmiało mniej więcej tak:
- Pszezbidehxxdhx crfre edwdxjhwaxrf.
- Spoko, nic się nie stało, ale czy mogłabyś mnie po prostu zaprowadzić do tych stołówek, bez wspominania o paleniu zwłok? 
W odpowiedzi jedynie pokiwała głową.
- Świetnie. No to idziemy.
I ruszyłam przed siebie, nie znając drogi. Geniusz. Przystanęłam więc i obejrzałam się za siebie, uśmiechając się zachęcająco. Kiwnęła głową i ruszyłyśmy ramię w ramię, nie odzywając się do siebie ani słowem.

***

Musicie wiedzieć, że naprawdę trudno jest wejść niepostrzeżenie do stołówek podczas obiadu. Jest to o tyle trudne, że choćbyś już prawie, prawie dotarł do swojego stolika po cichu i nie zwracając na siebie uwagi, i tak jakiś dzieciak krzyknie za tobą: "Hej, nowa, patrz pod nogi", po czym oczywiście podkłada ci tą swoją cholerną nogę, jakby nie mógł jej trzymać pod stołem jak cywilizowany człowiek, tylko macha nią w te i we wte i wiadomo, że w końcu nawinie mu się ktoś taki jak Leanne, która potyka się podnosząc swój plecak z podłogi. No więc rzeczywiście potknęłam się o jego nogę okutą w spiżowe nagolenniki i o mało co wywinęłam orła. Na szczęście znalazł się jakiś całkiem przystojny brunet który złapał mnie tuż nad ziemią. Czy tylko mi się wydaje, że ilekroć się potykałam czy przewracałam łapał mnie jakiś przystojniak?! Muszę się częściej przewracać...
- Dzięki - rzuciłam na wydechu, bo gościu miał NAPRAWDĘ niesamowite oczy. NAPPAWDĘ. Jeśli kiedykolwiek będę miała syna, ma on mieć takie oczy. Morskie. Zielono-niebieskie ze złotymi plamkami w kącikach. Patrzyłam na niego jak głupia, z lekko rozwartymi wargami.
- Wszystko w porządku? - zapytał, ale ja nie mogłam się odezwać, więc tylko kiwnęłam głową.
- Dobrze - i postawił mnie na nogi. Miałam szeroko otwarte oczy i oddychałam płytko. Musiałam wziąć małą poprawkę: on wcale nie był całkiem przystojny. Był cholernie przystojny, w dodatku zajęty. Skąd to wiem? Kiedy tylko zobaczyłam podejrzliwy wzrok Annabeth skierowany prosto we mnie wiedziałam, że nie jest jej obojętny.
- Jestem...
- Proszę o ciszę! - uroczemu chłopakowi przerwał Chejron który wbiegł sobie kłusikiem między stoliki i chwicił winogrona, które zamierzał władować sobie do buzi. Powstrzymał się jeszcze chwilę i odchrząknął, po czym przemowił donośnym głosem, jakiego po pół-koniu nikt by się nie spodziewał. Pomijając fakt, że nikt by się nie spodziewał pół-konia w swojej stołówce.
- Dzisiaj odbędzie się bitwa o sztandar!
Przy każdym stoliku zapanował chaos, ludzie śmiali się i gwizdali, każdy miał szeroki uśmiech na twarzy.
Chjeron uniósł w górę palec i wszyscy się uciszyli, a wtedy dokończył:
- Chciałbym przypomnieć, że domek Demeter dostał ostatnio zakaz na grę, za powiązanie całej przeciwnej drużyny kolczastymi pnączami i wzięcie sobie sztandaru...
- Było zabawnie! - krzyknął ktoś od Demeter ale natychmiast został uciszony przez dwustupięćdziesięciu obozowiczów, którzy jak jeden mąż się na niego spojrzeli. Chejron kontynuował.
- ...więc będziecie musieli wymyślić sobie składy uwględniając brak uczestnictwa w zabawie ze strony domku nr 4. Poza tym, jutro w obozie zjawią się nasi drodzy goście.
Teraz chyba nawet sam Zeus nie zdołałby uciszyć obozowiczów. Takiego hałasu nie ma nawet na koncercie Marsów. Ludzie szaleli i byle prośby Chejrona o spokój i zajęcie swoich miejsc nie robiły na nich żadnego wrażenia. Chyba jako jedyna nie skakałam z radości aż do nieba i we względnym spokoju żułam swojego kotleta. Od czasu do czasu jakiś narwaniec szturchnął mnie w ramie, raz czy dwa wylano na mnie sok, ale poza tym? Cisza i spokój. 
Kiedy wszystko się trochę uspokoiło, a ludzie powrocili na swoje miejsca i zaczęli jeść, szturnęłam jakiegoś chłopaka, który siedział obok mnie i właśnie mierzył w kolegę bitymi ziemniakami używając łyżki jako katapulty.
- O co chodzi, jacy goście?
Spojrzał na mnie najpierw z wyrzutem, bo szturchając go spowodowałam, że źle wymierzył i nie trafił w kumpla, a potem z niedowierzaniem.
- Jak to? Nie wiesz?
- A co ja? Wikipedia?
Wzruszył ramionami. Nienawidziłam, kiedy ktoś wzruszał ramionami.
- W sumie powinnaś to wiedzieć. Nastawiamy się na to spotkanie od miesięcy.
Zaczynał mnie irytować.
- Jakie spotkanie?
- Takie jedne. Nie zrozumiesz.
- Powiedz po prostu.
- Kojarzysz Jasona?
Mój wzrok padł na wysokiego blondyna siedzącego samotnie przy stoliku Zeusa. Naprawdę mu współczułam. Nie ma nic fajnego w byciu wyjątkiem wśród wyjątków. Wiem coś o tym.
- No więc?
- Przyjeżdża delegacja.
- Skąd?
- Z obozu Jupiter. Będzie się działo.

Jason pochodził z obozu Jupiter. Tak powiedziała Sophie. Musiał się nieźle denerwować, skoro miał się spotkać ze swoimi dawnymi kolegami. Ciekawe, czy utrzymuje z nimi kontakt.
Może to było głupie, ale rzuciłam swoje sztućce na talerz i wstałam od stołu, po czym przysiadłam się do Jasona. Spojrzał na mnie najpierw zdumiony, a potem znudzony.
- Nie możesz tu usiąść. To zabronione.
- Mam to gdzieś.
Westchnął po czym obrócił się na ławce w moją stronę.
- Słuchaj. Ani ty, ani ja nie chcemy mieć kłopotów. A zaraz ktoś przyjdzie i skopie nam obojgu tyłki. Więc z łaski swojej, zabieraj swoje cztery litery od mojego stolika, jeśłi nie chcesz mieć przerąbane.
Nie ruszyłam się z miejsca. Westchnął ponownie i tym razem po prostu wstał od stołu i odszedł w dół zbocza, po ścieżce z białych kamieni.
Zerwałam się z ławki i dogoniłam syna Zeusa. Jupitera. Nieważne.
- Jestem Leanne, ale przyjaciele mówią mi Annie.
- Wiem kim jesteś.
- Miło.
Ciekawe skąd wiedział, kim jestem. Nie byłam popularna w obozie, na pewno nie z tego, że przesypiałam całe dnie i noce. Szliśmy przez chwilę w ciszy. Patrzyłam w niebo, po którym płynęły na zachód białe kłębuszki chmur.
- Musisz się bardzo denerwować przybyciem delegacji, prawda?
Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Ja... Skąd wiesz?
Poczułam satysfakcję. Co jak co, ale na ludziach i ich emocjach znam się nie najgorzej.
- Widzę to. Obstawiam, że przybywa w niej ktoś, o kim chciałbyś raczej zapomnieć. Albo wróg, albo była dziewczyna.
Skrzywił się, gdy usłyszał słowa "była dziewczyna". Trafiony.
- Jak ma na imię?
- Reyna - odpowiedział machinalnie.
- Czyją jest córką?
Rzucił mi jeszcze jedno, podejrzliwe spojrzenie, ale odpowiedział.
- Bellony.
Otworzyłam usta szeroko, bo choćbym była historycznym geniuszem, za nic  nie ogarniałam, kim jest Bellona. Z całym szacunkiem. Mój nowy kolega pędził jednak z tłumaczeniem.
- Bellona jest boginią wojny, rzymskim i żeńskim odpowiednikiem  Aresa.
- Załapałam. A kim ta Reyna jest, że przyjeżdża?
- Pretorem.
Pokiwałam głową udając, że wszystko rozumiem. Na szczęście Jason chyba się zorientował, że nie do końca wiem, co do mnie mówi i na jego twarzy dostrzegłam cień uśmiechu.
- Pretor to najwyższy urzędnik w obozie Jupiter, coś jak Pan D. w obozie Herosów. Pilnuje porządku w mieście i w kohortach.
- W czym?
- Kohorty to coś jak domki u nas. Tyle że tam nie przydziela się do nich ze wzglądu na boskiego rodzica, tylko na umiejętności.
- Nieźle to wszystko pokręcone.
W odpowiedzi jedynie pokiwał głową. Dopiero teraz zauważyłam tatuaż na jego ramieniu, przedstawiąjący skrót SPQR i dwanaście kresek. Już otwierałam usta, żeby zapytać go, co in oznacza, ale uprzedził mnie i sam wytłumaczył.
- To tatuaż Pretora.
A więc był pretorem. Ale czemu zrezygnował?
- A kreski?
- Tyle lat byłem w obozie Jupiter. Dwanaście.
- Ale co robisz tutaj? Miałeś dobrą pozycję, zapewne wszyscy cię szanowali... Czemu zrezygnowałeś?
Nie odpowiedział od razu. Zapatrzył się w horyzont. Potem zaledwie wyszeptał:
- Zrezygnowałem, bo nie czułem się więcej rzymianinem. Poza tym, tu jest Piper. A nowym pretorem został mój przyjaciel, Frank. Jest świetny i będzie się genialnie dogadywał z Reyną. Ja naprawdę czuję się Grekiem.
o nic więcej nie zapytałam.

***

- Megi? Poszłabyś ze mną na arenę?
Po tym, jak omal nie doszło do niekontrolowanej bitwy na jedzenie oraz po dość osobistej rozmowie z Jasonem, zdecydowałam, że czas zacząć czuć się jak jedna z nich, jak heroska. Półbóg. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, było nauczenie się walczyć. W życiu bym nie pomyślała, że z własnej woli zechcę trzymać w ręku coś bardziej niebezpiecznego od noża do ogórków. Ale podeszłam do Megi, która właśnie tłumaczyła nowej dziewczynie, Fionie, gdzie są toalety. Dzisiaj rano przywiózł ją jej tata i jest co najmniej zdezorientowana. W każdym razie poczekałam na Megi i dopiero gdy odprawiła Fionę, podeszłam do niej i ledwie słyszalnie zapytałam ją, czy nie poszłaby ze mną na arenę.
- Annie, gdybyś mówiła ciszej, w ogóle chyba byś się nie odzywała. Błagam, głośniej.
Przestąpiłam z nogi na nogę, o rany, chyba pierwszy raz w życiu byłam zawstydzona. Mimo to podniosłam głowę i tym razem już wyraźnie powtórzyłam pytanie. Twarz Megi rozświetlił uśmiech. Myślę, że po cichu liczyła na to, że do właśnie do niej zwrócę się o pomoc. Szczerze powiedziawszy, nikt inny się nie nadawał.
- Jasne. Ale najpierw musimy chyba znaleźć ci jakąś broń. Coś odrobinę groźniejszego od dmuchanego balona.
Otworzyłam usta i już miałam powiedzieć, że to wcale nie było takie śmieszne, ale zdążyła się odwrócić i ruszyć w stronę niewielkiej szopy stojącej nieopodal stołówek.
Okey. Odwołuję. Wcale nie była niewielka. Była większa od mojego starego mieszkania. A musicie wiedzieć, że zanim moja mama poznała Pata, ledwo wiązałyśmy koniec z końcem. Mieszkałyśmy w obskórnym mieszkanku, dwupokojowym, a właściwie półtorapokojowym. Mama miała pracę na pół etatu w jakimś sklepie.
Pat nas uratował. Wyciągnął nas z mieszkania i spłacił długi. Nie ukrywam, że był bogoaty. Ale nie tylko w pieniądze. Miał bogate wnętrze. Był wrażliwy i opiekuńczy, i naprawdę go lubiłam. Po tym, jak były mąż mamy zostawił ją samą z wielkimi długami, które sam porobił grając w karty, naprawdę mało kto zwracał uwagę na kogoś tak niepozornego jak młoda sprzedawczyni w osiedlowym sklepie. Ale Pat jest inny. I dzięki mu za to.
W szopie było mnóstwo broni. Kojarzycie taki film 300? Tego żelastwa było mniej więcej tyle, ile posiadały obie armie ścierające się ze sobą.
Nie ukrywam, że wybór broni mnie przerósł. Podobały mi się misternie wykonane miecze, proste łuki i błękitne szpady. Jednak każda kolejna wzięta w dłonie sprawiała wrażenie wielkiej żelaznej bransolety, nie przedłużenia ręki. Żadna się nie sprawdziła. Nie wiem, ile czasu spędziłyśmy w ciemnym wnętrzu szopy, ale koniec końców Megi wręczyła mi do ręki sztylet. Był koszmarnie wyważony, ale na razie musiał mi wystarczyć. Wybiegłyśmy z szopy i w mgnieniu oka znalazłyśmy się na arenie, która była niemal pusta. Nie wiedziałam, gdzie się wszyscy podziali, ale w głębi ducha cieszyłam się, że zaledwie cztery osoby obecne na arenie, z czego dwie wyjątkowo zajęte sobą nawzajem, będą oglądać jak stawiam pierwsze kroki w sztuce walki na miecze/sztylety/łuki/słowa/szpilki.
Delikatnie mówiąc, moje pierwsze lekcje szermierki wypadły mniej więcej tak, jak zaśpiewanie prababci sto lat na setnych urodzinach. Porażka. Wypiszę może w punktach, bo tak będzie lepiej:
1. Megi uczy Annie.
2. Megi walczy z Annie.
3. Annie przegrywa osiem pojedynków z rzędu.
4. Annie siada na piachu i zdecydowanie odmawia kolejnego pojedynku.
5. Ostatecznie Annie wstaje i... !
Nie pytajcie mnie, jak to się stało. Sama nie wiem. Ale kiedy przez bite półtorej godziny powtarza się te same manewry, i ma się niejednokrotną okazję przyjrzeć się, jak poprawnie takowe wykonać, w pewnym momencie załapujesz. Tak było też ze mną. Załapałam. Po prostu wstałam z piachu i przyjęłam pozycję. A potem rzuciłam się na Megi, która się tego nie spodziewała. Trzymałam mój sztylet przed twarzą i cięłam nim raz po raz. A kiedy nasze sztylety się skrzyżowały, po prostu wytrąciłam jej go z rąk.
I tak trzy razy z rzędu.
Nawet nie zauważyłam, kiedy na arenie zebrał się kilkudziesięcio osobowy tłum. Około czterdziestu gapowiczów siedziało i wglapiało się we mnie, kiedy po raz czwarty rozbroiłam Megi. Stałam na środku areny, dysząc, ze sztyletem opuszczonym ku dołu i nie mogąc się nadziwić, skąd się ci ludzie tutaj wzięli. Wtedy przez nastolatków w pomarańczowych koszulkach zaczął przepychać się Max. Wypadł na środek areny krzycząc na gościa, który go popchnął. Uśmiechnęłam się pod nosem. Max miał na sobie lekką zbroję, a przy pasie jak zawsze wisiał mu jego miecz. W dodatku pod pachą niósł jakiś pakunek. Podszedł do nas i bez zbędnych wstępów po prostu włożył mi pakunek w ręce, a ja nie zdążyłam nawet mrugnąć. Odwrócił się, ale na odchodnym rzucił w moją stronę:
- Nieźle sobie radzisz, jak na nowicjusza.
I zaczął z powrotem wpychać się między ludzi, których przybywało. Patrzyłam jeszcze przez chwilę jak jego czupryna znika między innymi, a potem spojrzałam na pakunek. Był ciężki i miękki, przez co trudno było ocenić, co to jest. Więc go rozwinęłam.
Z szarego papieru wyciągnęłam przepięknie ozdobioną pochwę z czarnej skóry. Była obszyta srebrną nicią, dodatkowo była wybijana srebrnymi ćwiekami. Z jej wnętrza wysunęłam najpiękniejszy sztylet, jaki kiedykolwiek widziałam. Miał długość około czterdziestu centymetrów. Był wykonany z niebiańskiego spiżu, ostrze mieniło się lekko na błękitno. Rękojeść była obwiązana czarnym rzemieniem, tworząc wygodny uchwyt. W głowni umieszczono niewielki szafir, mający taki sam odcień jak moje oczy. Sztylet był idealnie wyważony, a ozdoba w głowni nie sprawiała, że broń była cięższa. Był idealny.
Pławiłam się jeszcze w zachwytach nad moją nową bronią, kiedy ktoś krzyknął.
- Orient, Annie!
Max najwyraźniej zmienił zdanie i wcale nie zamierzał opuszczać areny. Teraz pędził na mnie w między czasie sięgając do pochwy i wyciągając z niej swój miecz. Uśmiechnęłam się i ledwo zdążyłam porządnie chwycić sztylet, a już musiałam odparowywać cios zadany mi z góry. Mojemu ramieniu bardzo nie podobała się siła, z jaką zadano cios. Krzyczało z bólu, ale kazałam mu siedzieć cicho. Kolejny zamach, tym razem z lewej z dołu. Max mnie nie oszczędzał. W pewnym momencie straciłam koncentrację i rozluźniłam ramię, za co przyszło mi zapłacić długim i krwawiącym cięciem w lewe ramię. Bolało jak diabli. Ale ktoś zaczął mnie dopingować. Najpierw ciche, pojedyncze głosy, potem całe trybuny wykrzykiwały moje imię. Max uśmiechał się pod nosem i mruknął:
- Masz fanów. Może w końcu pokażesz im, na co cię stać, bo na razie robisz tu jakąś ckliwą szopkę.
Jedno musicie wiedzieć: nie można wkurzać rannej laski, która trzyma w ręku sztylet.
O tak, wkurzył mnie. i słono za to zapłacił. Odgarnęłam włosy do tyłu i uśmiechnęłam się zalotnie.
- Proponuję układ. Jeśli wygram, przez miesiąc będziesz zobowiązany uczyć mnie wszystkiego, co mi tylko przyjdzie do głowy.
Jeśli mam już wygrać, to niech się czegoś nauczę. No chyba, że każę mu mnie nauczyć, jak się lata. 
- Dobrze - zgodził się - Ale jeśli ja wygram, ty przez miesiąc będziesz musiała towarzyszyć mi na każdym szlabanie, jaki mi się dostanie.
- To nieuczciwe! - krzyknął ktoś z tłumu - Ty masz szlaban co drugi dzień!
- Więc teraz będę miał codziennie. Po to tylko, żeby zobaczyć, jak nasz mała słodka Leanne uczy się na własnych błędach. A może powinienem powiedzieć Lora?
Zawrzało we mnie.
- Oj, teraz przegiąłeś.
I rzuciłam się na niego z zamierem nauczenia go, jak się nie zachowywać, gdy patrzy na ciebie mamusia.

***

Kiedy po pojedynku pobiegliśmy oboje do obozowej infirmerii, byliśmy w lepszych humorach niż kiedykolwiek. Ponury Max, którego poznałam, okazał się całkiem równym gościem. Wpadliśmy ze śmiechem do wielkiego pomieszczenia i Max popchnął mnie na najbliżej łóżko. Odegrałam się oblewając mu przód koszulki wodą ze szklanki. Spojrzał na mnie z udawanym oburzeniem i już miał zamiar się na mnie rzucić, kiedy zza parawanu wyłonił się Chejron. Siedział w swoim wózku i najwyraźniej zaskoczyła go nasza obecność tutaj. Uspokoiliśmy się jak na zawołanie, od czasu do czasu jeszcze prychając pod nosem, nie mogąc się powstrzymać.
- Na Zeusa, jak wy wyglądacie. Chcecie dostać tężca?
Rzeczywiście, prezentowaliśmy się nie najlepiej.  Ja miałam potargane włosy, tak że wyglądałam, jakbym dopiero co zsiadła z motocyklu, w dodatku miałam ubłocone nogi i pocharatane kostki. Moja rana na ramieniu wciąż krwawiła a na policzku już zaczął wykwitać piękny siniak. Max wcale nie był lepszy. Miał podarty podkoszulek i pocięte ramiona. W dodatku miał rozciętą wargę i łuk brwiowy. mimo to uśmiechaliśmy się szeroko i sam Chejron nie mógł się nadziwić naszej radości. Opatrzył mnie i nakarmił ambrozją, która smakowała jak lody waniliowe z winogronami, a potem zajął się Maxem. Ten, za każdym razem gdy stary centaur odwracał się po kolejny bandaż lub plaster, parodiował go, przez co ja dostawałam ataków śmiechu. W końcu Chejron nas wygonił i powiedział, że następnym razem mamy trochę bardziej uważać.
- Zwłaszcza ty, Leanne - rzucił na odchodne. - Nie chcemy żeby ci się stała krzywda, prawda?
- Jasne, szefie! - odkrzyknęłam i pognałam w dół zbocza, prosto do zbrojowni. Za chwilę miała się zacząć bitwa o sztandar. Czułam motylki w brzuchu i coś jeszcze. Czułam się jak w domu.

***

- Pękasz, Stoner? - rzuciłam, kiedy chłopak wycierał sobie krew spływającą mu z rozciętej wargi. Wzrok miał dziki, ale uśmiechał się, przez co wyglądał na szaleńca. Podobało mi się to. Splunął czerwoną śliną w piach i mruknął jeszcze:
- Chciałabyś.
Obojej czytaliśmy Harrego Potter'a, to nie ulegało wątpliwościom. 
Wznowiliśmy nasz taniec ostrzy. Mój sztylet i jego miecz ścierali się ze sobą co jakiś czas, wydając charakterystyczne piski i szczęki. Cięłam go w ramię, płytko, ledwo drasnęłam. On w chwilę później przedarł się przez moją obronę i trafił mnie głowicą w policzek. Czułam jak pękają mi naczynka i straciłam chwilę na zastanawienie się, jak ja się pokażę z taką posiniaczoną mordą publicznie. Jednak niemal natychmiast dotarło do mnie, że każdy ma tu jakieś obrażenia, większe, mniejsze, i każdy obnosi się z nimi jak z biżuterią. Jakby nosili najcenniejsze klejnoty świata.
- Coś ci nie idze, mój drogi. Pierwsza lekcja: jak nie przegrywać z dziewczyną. Co ty na to? - rzuciłam, kiedy zrobiłam przewrót i uderzyłam go boleśnie płazem w udo.
- A może zechciałabyś się zamknąć i dopracować swoją obronę?
Mówiąc to ponownie ciachnął mnie kostkę. Miałam rozciętą skórę i krew sączyła mi się do buta, zabarwiając skarpetkę na różowo. Jak ja nienawidzę różowego.
- Może.
Kontynuowaliśmy. Ludzie na trybunach podzielili się na TEAM MAX i TEAM ANNIE. Bardzo mi się to spodobało. Najgłośniej krzyczały chyba Sophie z Megi i Annabeth, która wzięła się tam nie wiadomo skąd. Ryan solidarnie kibicował przyjacielowi. 
W pewnym momencie potknęłam się chcąc zrobić wypad i Max wykorzystał to, alby powalić mnie na ziemię i stanąć nade mną okrakiem, podkładając mi ostrze pod gardło. Uśmiechał się triumfalnie. 
- Poddajesz się, Leanne Asplin?
- Aż tak chcesz mnie mieć przy sobie, kiedy będziesz odrabiać szlabany? Słodko. A teraz daj mi wstać z łaski swojej.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
Nie zdążył nawet mrugnąć, kiedy przekręciłam się o sto osiemdziesiąt stopni, podcinając mu nogi i pokładając na zimny piach w jednej chwili. Usiadłam na nim i tak jak on mnie, podsunęłam mu ostrze do szyi.
- Poddajesz się, Maxie Stonerze?
- Aż tak chcesz się czegoś ode mnie nauczyć?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Milczał. Jeśli się podda, uznają go za słabeusza i boidudka. Jeśli się podda, będzie to oznaczać, że jestem lepsza. Jeśli się podda, okaże szacunek i uznanie za pokonanie go.
- Poddaję się.
Trybuny wybuchły w nagłym okrzyku radości. Wiwatowali wszyscy. Wstałam z Maxa i wyciągnęłam do niego rękę, aby pomóc mu się podnieść. Chwycił ją uśmiechając się.
- Dziękuję za wspaniały pojedynek, panie Stoner.
Przerwał otrzepywanie spodni z wilgotnego piachu. Uśmiechnął się. Miał taki ciepły uśmiech.
- To ja dziekuję,  panno Asplin.
Megi wbiegła na arenę. Miała wypieki na twarzy i potargane włosy. Stanęła między nami i uniosła moje ramię ku górze. Tłum wiwatował, skandowano moje imię, gwizdano i klaskano, a ja czułam, że jestem częścią tej społeczności.
Wreszcie czułam się jak heros.

czwartek, 1 maja 2014

Liebster Blog Award

Nominację do Liebster Award otrzymuje się od innego bloggera w ramach uznania za "dobrze wykonaną pracę". Daje możliwość rozwinięcia swojej działalności.

Po odebraniu nagrody, należy:
1. Odpowiedzieć na 11 pytań zadanych przez nominującego.
2. Zadać 11 pytań.
3. Nominować 11 blogów (nie wolno nominować nominującego ani samego siebie)

Tak więc DZIĘKUJĘ Spite X!


pytania od Spite X: 


1. Ulubiona książka, poza tą do której piszesz bloga?
Nie wiem. Wydaje mi się, przynajmniej właśnie tą zasadą kieruję się w życiu, że nie ma ulubionych książek, są tylko ulubieni autorzy... Z pewnością będzie to J.K. Rowling i Suzanne Collins, oraz Nicholas Sparks i Veronica Roth.
2. Kiedy pierwszy raz zaczęłaś pisać (nie koniecznie pierwszy blog)
Smykałkę do pisania złapałam w trzeciej klasie podstawówki, kiedy to pani od polskiego kazała nam opisać swojego przyjaciela. Opisałam pluszaka... Bloga piszę od stycznia.
3. Pasje... Oprócz pisania :D
Śpiewanie, czytanie, granie na pianinie, skrzypcach, nerwach, malowanie, harcerstwo, pływanie, JEDZENIE, pieczenie, tańczenie na skrzyżowaniu przy nutach HAIM? To się liczy w ogóle jako pasja? Czy już zalicza się do głupoty? :D
4. Ulubiony piosenkarz/piosenkarka?
:O za dużo wymagasz... ostatnio ciągle słucham ich: Ellie Goulding, Lana del Rey, Ed Sheeran, Birdy... a z zespołów to: 30SecToMars, Bastille, Imagine Dragons...
5. Ulubiony cytat z książki?
 mogę strzelić po angielsku? po naszemu brzmi trochę jak kupa... (sorry za porównianie, ale taka prawda ;) )

"- You love, real or not real?
  - Real."
 - THG Catching Fire

6. Ulubiony cytat z filmu?

"-Why do I, and everyone I love, pick people who treat us like we're nothing?
 -We accept the love we think we deserve"
- The Perks Of Being A Wallflower

7. Ulubione danie?
LAZANIA i RISOTTO Z DYNIĄ, RUCOLLĄ I KURCZAKIEM *.*
8. Który blog ma wg. Ciebie najładniejszą grafikę?
NIEEEEEEEEEE wiem.... jest opcja nie odpowiadać na pytanie? Nie chcę nikogo urazić, cholibka no... Ale największe wrażenie od zawsze robi na mnie grafika Lydii i Kath, na ich blogu:
http://neew-beginning.blogspot.com/
9. Czy lubisz komentować blogi? Dlaczego?
Nie lubię, szczerze powiedziawszy... Mam takie wrażenie (głupiam, wiem), że się ośmieszam... 
fobie, fobie everywhere!
10. Czy masz zamiar napisać kiedyś książkę i starać się ją opublikować?
Piszę książkę i zrobię wszystko, żeby ją skonczyć i opublikować ;)
11. Gdybyś mogła żyć w innych czasach... Jakie to by były czasy? (ach to powtórzenia ;P)
W przyszłości. Chciałabym wiedzieć, czy jestem tak obrzydliwie bogata, jak chcę, czy jeszcze bardziej ;) 



pytania od Tynta Zapal, dzięki ;)



1. Co cię podkusiło do pisania.
Życie :)
2. Jakie książki czytasz? Dlaczego?
Wszystkie :D uwielbiam to uczucie, kiedy zaczynam żyć życiem bohatera :)
3. Zwierzęta? Lubisz je czy wręcz przeciwnie? Jaki mógłbyś/ mogłabyś być? 
Lubię, ale czasami doprowadzają mnie do szału ;) drzemie we mnie małpa, ale mogłabym być gepardem
4. W przyszłości widzisz siebie jako...?
Pisarkę, aktorkę :)
5. Co myślisz o przyjaźni?
Jest cenniejsza od miłości, bo to właśnie z niej rodzi się to piękne uczucie :)
6. Jaki lubisz film?
Komedie, romantyczne, akcji, science-fiction, fantasy
7. Twój ulubiony serial?
Sherlock
8. Jaka piosenka sprawia że chcesz się śmiać?
https://www.youtube.com/watch?v=ua1FAlHt_Ys
9. Jakie blogi czytasz?
Trzy, może cztery, i ci blogerzy o tym wiedzą :)
10. Internet czy świeże powietrze? Dlaczego?
Świeże powietrze, ponieważ na dworze spędziłam pół swojego życia
11. Samotność czy krąg ludzi wokoło?
To zależy, jaki mam humorek. A ten żyje własnym życiem ;)



pytania od  ♥, dziękuję :)



1. Czy jakieś zdarzenie odmieniło twoje życie na zawsze?
Myślę, że poznanie kilku wspaniałych osób ;)
2. Twoje imię ma jakąś historię? Jaką?
Marysia? Na pewno ma, tylko ja o tym nie wiem :D
3. Dlaczego prowadzisz blog o takiej tematyce?
Jestem zakochana w Percy'm Jacksonie i R. Riordanie od dziecka :D poza tym, myślę, że chciałam się jakoś wprawić w prowadzenie bloga, bo kto wie, może zacznę pisać swoją niezależną historię (?)
4. Należysz do jakiegoś fandomu? Jakiego? Dlaczego?
Echelon, Potterhead,  Demigods, Tribute, Shadowhunter, Divergent i do paru innych, ale nieoficjalnie ;) kocham ich wszystkich. Dlatego.
5. Skąd jesteś?
Mazowieckie!
6. Czytałaś/łeś ostatnio jakąś książkę godną polecenia? Jaką?
Musicie wiedzieć, że czytam mnóstwo książek. Połykam je jak moje tabletky :) ale Gra Endera, Felix, Net i Nika, Poradnik Pozytywnego Myślenia, Niezbędnik Obserwatorów Gwiazd, Gwiazd Naszych Wina i Niezgodna to książki, które śmiało możecie przeczytać!
7. Ulubiona czekolada?
Z orzechami Milka
8.  Hobby?
Pisanie, śpiewanie, gra na fortepianie i skrzypcach... Itp
9. Masz rodzeństwo?
Starsi bracia to złoooo!
10. Jakiego rodzaju muzyki słuchasz?
Ja nie słucham konkretnego rodzaju... Mam kilka różnych płyt, od rocka, przez pop rock aż do jazzu, i we wszystkich jestem tak samo zakochana :)
Ulubiony wykonawca?
Pff... Dużo ich... Ale myślę, że 30SecToMars , Birdy, Ellie Goulding, Bastille i Ed Sheeran
11. Jakbyś miał/a wybrać sposób śmierci jaki był by twój wybór?
Chciałabym umrzeć szczęśliwa. 


nominuję:

http://powrotdoprzeslosci.blogspot.com/
 sohardtobeahereo.blogspot.com
http://potomkowieherosow.blogspot.com/
www.lilyijames-zdobyc-szczescie.blogspot.com
www.heroska-w-legionie.blogspot.com
http://revange-of-the-dead.blogspot.com
my-zycie-in-hogwart.blogspot.com
http://neew-beginning.blogspot.com/
http://lily-i-james-labirynt-zycia.blogspot.com/
http://two-4-you.blogspot.com/
http://percyiannabeth.blogspot.com/

wow... jest tego więcej, niż myślałam xd

moje pytania:

1. najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłeś/aś?
2. gdybyś mógł/mogła wyjechać za granicę i tam zostać, gdzie byś się wybrał/ła?
3. dlaczego piszesz bloga?
4. co cię inspruje?
5. o czym myślisz zanim zaśniesz?
6. ulubiona potrawa?
7. jak się ubierasz?
8. Dlaczego ja? czy Trudne Sprawy?
9. jakiej muzyki słuchasz?
10. kolor Twoich oczu?
11. czy jesteś super?