niedziela, 7 września 2014

ROZDZIAŁ IX

 Wcale nie dodaję tego we wrześniu(!!), kiedy miałam to dodać w lipcu(!!!!!!)
Jestem podła. Wiem. Ale cóż poradzić, taka się urodziłam... Miałam dodać rozdział w poniedziałek wieczorem, na dobre rozpoczęcie roku szkolnego, ale za dziesięć północ mój tatko mnie nakrył przy komputerze i tyle go widzieli... No więc dodaję rozdział dokładnie dwa miesiące i trzy dni od dodania ostatniego posta, na dzień przed moimi urodzinami, chcąc jakkolwiek się zrehabilitować... Taa, jasne...
No nic, postaram się Wam to jakoś wynagrodzić, choć znając mnie to, eh.... 
Nieważne, miłej lektury życzę JA.

 ***

Pierwsze, co się zauważa, gdy atakuje się uzbrojonego herosa, to to, że gdy planowałeś wykonać na nim jakiś trick, wydawał się mniej groźny niż teraz, kiedy lecisz na niego ze sztyletem przed nosem, z zamiarem poharatania gościa.
Niestety, nie miałam możliwości wycofania się z zabawy, więc pędziłam dalej na córkę Apolla i zamachnęłam się potężnie. I wtedy ujrzałam uderzająco niebieskie oczy. W ostatniej chwili przekręciłam sztylet, i uderzyłam w ramie Sophie płazem, nie krawędzią ostrza. Jęknęła z bólu i cofnęła się kilka kroków, ale ja nie zatrzymałam się, żeby popatrzeć, czy wszystko OK. Gnałam dalej, napędzana adrenaliną i rządzą dobrej zabawy. Kolejny przeciwnik, jak się okazało syn Afrodyty, był tchórzem, i kiedy tylko zobaczył mnie pędząca na niego zwiał w młody lasek po prawej stronie. Choć nie chciało mi się go gonić wiedziałam, że im więcej przeciwników wyeliminuję, tym bliżej wygranej będę. Zaczęłam więc gonić uciekiniera i osaczyłam go tuż przed pagórkiem z mnóstwem malin na szczycie. Podcięłam mu nogę i wyrżnął twarzą w ściółkę.
- Fajnie się ucieka, co nie? - zagadałam czekając, aż podniesie się z ziemi, żeby jeszcze raz móc powalić go i sprawić, że odechce mu się walczyć.
- Ja się domyślam, ściółka jest wygodna, ptaszki śpiewają i tak dalej, ale wiesz co? - zapytałam, kiedy zaczął czołgać się pod górę, kaszląc i charcząc. Pochyliłam się nad nim tak, że szeptałam mu prosto do jego półboskiego ucha:
- Tchórze nie zasługują na litość.
Nie żebym była jakoś szczególnie okrutna, ale chłopaczyna może wrócić do domu okrężną drogą, tak mu się będzie kręcić w głowie od uderzenia głownią, które mu zafundowałam.
Wróciłam na miejsce spotkania z Nikiem i oniemiałam. Dziesięcioro półbogów leżało plackiem na ziemi, mieli podziurawione zbroje, potępione miecze i połamane włócznie. Megi zamachnęła się właśnie na ostatniego stojącego o własnych siłach przeciwnika. Przywaliła mu porządnie płazem swojego miecza, rozcinając mu przy tym skórę na łuku brwiowym. Po wszystkim stanęła w rozkroku na samym środku pobojowiska i zarzuciła sobie miecz na ramię. Zdmuchnęła niesforny kosmyk włosów z przed oczu, jak zawsze robiła przy stole, gdy pochylała się nad kartką ze szkicem nowej areny do ćwiczeń. Zupełnie jak Megi, tyle że... Osoba stojąca przede mną nie była dziewczyną, która oprowadziła mnie po obozie.
Widziałam teraz, co oznacza być córką Ateny. Megi była bez hełmu, a jej rozwiane czarne włosy wyglądały jak burzowe chmury zbierające się nad jej głową. Źrenice rozszerzyły się i dziewczyna wyglądała, jakby miała całkiem czarne oczy. Oddychała głośno, słyszałam jej świszczący oddech. Otarła kropelkę potu z czoła i ruszając w moją stronę, nie zapomniała nadepnąć jakiegoś chłopaka na nadgarstek.
- Annie? Dorwałaś go?
Patrzyłam na nią z szeroko rozwartymi ustami pilnując, żeby nie zacząć się przez przypadek ślinić. Dłonią zamknęłam sobie usta i jedyne, na co było mnie stać, to pokiwanie głową na potwierdzenie. Spojrzała na mnie i przychyliła głowę w lewo.
- Wszystko w porządku?
Pokręciłam głową.
- Jesteś ranna? - zdenerwowała się.
Znowu zaprzeczyłam.
- Na bogów olimpijskich, powiedz coś w końcu bo oszaleję!
- Jak to zrobiłaś? - wydusiłam w końcu.
- Zrobiłam co?
- Jak powaliłaś dwunastu półbogów w piętnaście minut?!
- Ach, to - mruknęła i traciła czubkiem buta leżącą na ziemi córkę Aresa z niezłym rozcięciem na czole. - Tak jakoś wyszło.
 - Tak jakoś wyszło? TAK JAKOŚ WYSZŁO?! Dziewczyno, jesteś lepsza od samego Zeusa! Bez obrazy - rzuciłam szybko w stronę przejrzystego nieba. 
- Myślę, że jednak się obraził - powiedziała Megi z przekąsem.
Spojrzałam na nią w ten specjalny sposób, który natychmiast ucisza ofiary. Przeszłam się po polu bitwy i przyjrzałam powalonym przez przyjaciółkę nastolatkach. Wszyscy mieli większe lub mniejsze obrażenia, rozcięcia i siniaki. Na ziemi bez ruchu leżeli synowie i córki Aresa oraz Apolla, jednak nigdzie nie mogłam dostrzec jeszcze jednego herosa. Odwróciłam się idealnie aby ujrzeć, jak Nico łapie Megi od tyłu i przytyka jej ostrze miecza do gardła. Wciągnęłam głośno powietrze do płuc przerażona tym, co widzę. 
- To zabronione - powiedziałam po chwili konsternacji. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach próbując wymyślić logiczny sposób na wyciągnięcie Megi z nie lada tarapatów. Na początku rozejrzałam się wokół siebie, żeby sprawdzić, czy na pewno jesteśmy tu sami. Jeden Nico to nic specjalnego, ale jeśli przyprowadziłby kolegów, byłybyśmy skreślone na starcie. Boże, jak ja się myliłam.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Z tego co słyszałem, mam po prostu jej nie zabić.
- Bierz sztandar Annie, mną się nie przejmuj! - krzyknęła Megi, po czym wbiła się zębami w dłoń Nica, gryząc go do krwi. Słono za to zapłaciła. Dostała porządnie w głowę i zemdlała w rękach syna Hadesa. Ten położył ją wyjątkowo ostrożnie na ziemi wśród innych nieprzytomnych herosów. Patrzyłam na nią i modliłam się, żeby była cała i zdrowa.
Spojrzałam srogo na Nica i wymierzyłam w niego moim sztyletem.
- Jeśli coś jej się stanie przysięgam, osobiście wyślę cię do tatusia. W kawałkach.
Po czym rzuciłam się na niego jak rozwścieczona lwica.

***

Kiedy późnym wieczorem zebraliśmy się całym obozem wokół ogromnego paleniska, nie dało się nie zauważyć nieobecności niektórych herosów. Bracia Hood leżeli w infirmerii i zwijali się z bólu, po tym jak wpadli w swoją własną zasadzkę, będącą wielkim dołem wypełnionym zielonym gazem podtruwającym. Annabeth ostro wykłócała się, żeby pójść na ognisko, jednak Chejron kategorycznie zabronił jej się ruszać ze swoją raną po strzale w biodrze. Teraz siedziała na schodkach wielkiego domu i patrzyła na wszystkich wilkiem. Leon poparzył kilku herosów jadąc na Festusie i wszyscy z drużyny czerwonej byli na niego obrażeni, ale chłopak nic sobie z tego nie robił i siedział rozwalony na ławce otoczony wianuszkiem swoich półboskich fanek, głównie córek Afrodyty. Chris Rodriguez trzymał się za ręce z Clarisse La Rue, która opierała mu głowę na ramieniu. Wszyscy śpiewali "10 w skali Hefajstosa", a im głośniej śpiewaliśmy, tym wyższy płonień unosił się pośrodku kręgu, i tym jaśniejszy się stawał.

***

Nico niestety okazał się jeszcze szybszy od Maxa (co, swoją drogą dotychczas wydawało mi się niemożliwe) i zdążył wysunąć miecz z pochwy, broniąc się jednocześnie przed ciosem który chciałam mu zadać. Jego broń była czarna, tak jak jego oczy. Nie mogła być z niebiańskiego spiżu i za nic nie mogłam wykminić, z czego jest wykuta, więc najzwyczajniej w świecie zapytałam. Spojrzał na mnie jak na idiotkę i uniósł jedną brew do góry. Zaczął zataczać mieczem kręgi nad głową, żeby mnie rozproszyć, i udało mu się to. Nawet nie zauważyłam, kiedy rzucił się na mnie i ciął w udo, głęboko i boleśnie. Powalił mnie na ziemię i powstrzymywał od wstania, przytrzymując ostrze miecza tuż przy mojej szyi. 
- To stygijskie żelazo - odparł, kiedy leżałam na ziemi, unieruchomiona. 
- Tatuś ci dał? - próbowałam grać na czas, póki nie wymyślę jakiegokolwiek wyjścia z tej jakże beznadziejnej sytuacji!
- Można tak powiedzieć.
Wtedy zastosowałam ten sam trick, który zadziałał na Max'ie. Na moje nieszczęście, Nico był obecny na trybunach podczas naszej walki i doskonale wiedział, kiedy złapać mnie za łydkę, żebym go nie podcięła. Krzyknęłam, bo uścisk miał naprawdę mocny i przy okazji złapał mnie dokładnie w to samo miejsce, w które ciachnął mnie Max, gdy walczyliśmy wcześniej tego dnia. Ból był nie do zniesienia, więc zrobiłam jedyną logiczną rzecz, jaką mogłam. Wykręciłam się i wylądowałam na brzuchu, oparłam się na dłoniach i w pozycji jak do robienia pompek, kopnęłam go wolną nogą w brzuch. Słyszałam, jak powietrze ucieka mu z płuc a on krztusi się. Wykorzystałam sytuację i tym razem podcięłam mu nogi, przez co Nico wylądował ciężko na plecach, wśród innych herosów. Nie śpiesząc się, podniosłam się z ziemi i podłożyłam mu ostrze mojego sztyletu pod brodę. Patrzył na mnie z nienawiścią, jakiej ja nigdy nie czułam. Widziałam gniew w jego oczach i chęć zemsty.
- Wygodnie ci? - zapytałam prowokująco.
Próbował się podnieść, jednak mój sztylet skutecznie go zniechęcił.
- Przepraszam, coś ci nie pasuje?
- Jeśli myślisz, że twoje dotychczasowe życie było piekłem, poczekaj do jutra.
Tak mnie wkurzył, że aż mu przywaliłam w twarz. Syn Hadesa stracił przytomność. Jakoś szczególnie się tym nie przejęłam.
Podbiegłam do Megi, która w tej właśnie chwili otwierała oczy i próbowała się podnieść do pozycji siedzącej. Doskoczyłam do niej i pomogłam usiąść. Córka Ateny rozejrzała się wokoło i ze zdumieniem ujrzała nieprzytomnego Nica leżącego zaledwie kilka metrów dalej.
- Annie?
- Jak się czujesz, Megi?
- Jak ja się czuję? Jak TY się czujesz? Pokonałaś syna Hadesa!
- Jakoś nie dostrzegam wielkości swojego czynu na tle twojego - po czym wskazałam na wszystkich leżących na ziemi herosów, powalonych przez córkę Ateny. Zaśmiała się serdecznie i wskazała głową powiewający na wietrze czerwony sztandar.
- Gotowa na triumf?
- Zawsze.
Chwyciłyśmy go jednocześnie, i nadal trzymając przeniosłyśmy go przez strumień, wygrywając potyczkę. Sztandar zmienił kolor na srebrny, z symbolem rydwanu. Niebiescy wybuchnęli okrzykami radości, a Czerwoni aż zzieleniali ze złości. Nasza drużyna porwała mnie i Megi w wielki strumień w stronę stołówek, trzymając nas nad głowami, jak prawdziwe triumfatorki.

***

- Proszę wszystkich o uwagę! 
Na środek kręgu wyszedł Chejron i stanął przed płomieniem ogromnego ogniska, tak że wyglądał jak z obrazka. Jego sierść lśniła a oczy błyszczały. Jakby chciał przekazać nam jak najwięcej potencjału i doświadczenia w jednym spojrzeniu. Wszyscy zamilkli w jednej chwili. Chejron zaczął mówić:
- Jak wiecie, jutro będziemy mieli specjalnych gości - tu zrobił krótką pauzę na oczywisty aplauz zebranych, po czym kontynuował - więc liczę waszą gościnność i, ekhmn, ogładę. 
- A po ludzku? - zapytał ktoś od Hermesa.
- Mamy się zachowywać jak na herosów przystało, czytaj: nie zrobić wiochy - odpowiedział mu jego kolega, a Chejron, chcąc nie chcąc musiał mu przyznać rację.
- Pięcioro herosów z Obozu Jupiter przybędzie jutro w godzinach południowych. Wierzę, że wszyscy będziecie nas godnie reprezentować. A teraz zapraszam wszystkich na poczęstunek!
Po tych słowach na pustych kamiennych stołach wokół ogniska zaroiło się od najróżniejszych smakołyków. Wszyscy rzucili się do jedzenia, włącznie ze mną. Całe to śpiewanie było naprawdę wyczerpujące. 
Nikt nie usłyszał dźwięku pękającego drewna.
Przygotowałam sobie kanapki z twarożkiem i jabłkiem (wydaje mi się, czy już wspominałam o moich dziwnych upodobaniach kulinarnych?) a kielichowi kazałam wypełnić się chłodnym aloesem. Podeszłam do ognia, który teraz miał kolor ciepłego wschodu słońca i z przykrością podzieliłam się z bogami moją kolacją, akurat miałam pod ręką pęczek winogron. Miałam nadzieję, że mój boski rodzic lubi winogrona.
Kimkolwiek jesteś, pomyślałam, daj mi jakiś znak. Jakikolwiek.
W tym momencie na głowę spadła mi szyszka.
Dzięki, właśnie o to mi chodziło.
A potem kolejna. I jeszcze jedna. Szyszki zaczęły się sypać z nieba jak śnieg zimą.
Wszystko zdarzyło bardzo szybko. Nie trzeba było być filozofem czy astrofizykiem, by zorientować się, że coś jest nie tak tam, w górze. Spojrzałam w niebo, ale zamiast niego ujrzałam zbliżającą się zdecydowanie za szybko koronę ogromnej sosny. Zdążyłam tylko krzyknąć: "Uwaga, drzewo!", nim wielki pień spadł na ognisko, rozpryskując wszędzie żar i palące się drwa. Jak szybko się zaczęło, tak jeszcze szybciej się skończyło. Wszyscy krzyczeli, nawoływali przyjaciół, a grupowi domków liczyli swoich braci i siostry. Drzewo leżało na środku polany i powoli zajmowało się ogniem. Megi doskoczyła do mnie w chwilę potem, jak nas policzyli. Natychmiast zaczęła pytać, czy nic mi nie jest i czy na pewno mam wszystkie palce. Kazałam jej się odwalić, bo kogoś mi brakowało. I to nie byle kogoś. Nie było Maxa, który jeszcze przed chwilą śpiewał ze wszystkimi "Hej, ho, nektaru nalej'.
- Megi - powiedziałam drżącym głosem.
Spojrzała na mnie i widziałam, że wie.
- Max - zdołałam jeszcze wyszeptać, kiedy ta puściła się biegiem do Chejrona.
Ja zostałam tam, gdzie mnie zostawiła i miałam plan się stamtąd nie ruszać, aż ktoś po mnie nie przyjdzie i nie powie, że on nie żyje. Ale on nie mógł zginąć, myślałam. To niemożliwe. Nie on.
Moje myśli galopowały jak szalone. Nawet nie zauważyłam, kiedy moje nogi poniosły mnie pod ogromny pień ogromnego drzew, które wywołało ogromne zamieszanie i zamęt.
On żyje. Musi.
Spokojnie przechadzałam się wzdłuż sosny, dokładnie przyglądając się gałęziom i ziemi. Aż w końcu mój wzrok przykuł szczegół, coś, czego nie powinno tam być, pośród popiołu i igieł. Warkocz kruczoczarnych włosów. Dziewczęcy warkoczyk.
- Na Bogów - wyszeptałam. Rozejrzałam się dookoła. Wokół mnie nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, wszyscy stali dobre kilkadziesiąt metrów dalej, a ja nie byłam w stanie nawet szeptać, zrobiłam więc jedyną logicznie przedstawiającą się w moim umyśle rzecz; zaczęłam kopać. Przekopywałam się przez korzenie i twardą ziemię; łamałam sobie paznokcie i zdzierałam knykcie. Do czasu kiedy wyczułam, jak czyjaś dłoń łapie mnie za nadgarstek. Tak mocnego uścisku nie ma nikt kogo znałam. Więc się postawiłam. Zaparłam się nogami i ciągnęłam z całych sił. Dopiero wtedy podbiegł do mnie jakiś heros, chyba syn Ateny, sądząc po blond włosach ostrzyżonych na jeża i szarych oczach, i pomógł mi wydostać na powierzchnię tego kogoś, kto od pięciu minut siedzi zakopany w ziemi i przywalony drzewem.
Kevin, syn Ateny, zawołał innych na pomoc, która... nie była potrzebna. Nagle drzewo odskoczyło i przeturlało się kilka metrów dalej, a z ziemi wygrzebał się heros uwalany w ziemi i  popiele, otoczony krwiście czerwoną poświatą. Zamiast jednak wyjść z dziury, ten schylił się i pomógł wstać Fionie, dziewczynce, która tego samego dnia rano przyjechała do obozu. Gdy już otrzepał ja z ziemi, przytulił i wyniósł na rękach z mini krateru, rozejrzał się po zbiorowisku.
- Co jest, Chione zamieniła was w lodowe posągi?
Max ochronił ją własnym ciałem przed walącą się sosną.
- Max - odezwałam się pierwsza - jesteś cały czerwony.
- Nic dziwnego, gapi się na mnie dwustu nastolatków. W tym córki Afrodyty!
- Nie, chodzi mi o to, że świecisz się na czerwono. Cały.
Dopiero teraz Max spojrzał po sobie i zdębiał. Ostrożnie odstawił Fionę na ziemię, która natychmiast pobiegła w stronę Piper z zamiarem przytulenia się do niej, i spróbował strzepnąć z siebie czerwoną poświatę. Im bardziej się starał, tym intensywniejsza się ona stawała, aż w końcu przed szereg wyszła Clarisse La Rue i nie śpiesząc się, podeszła do Max'a. W tej chwili nad jego głową rozbłysła głowa dzika, która unosiła się jeszcze przez chwilę w powietrzu, po czym zniknęła.
Clarisse złapała za nadgarstek Max'a, który nie do końca ogarniał, co się dzieje, i uniosła jego ramię w górę.
- Brawa dla mojego brata Max'a, który właśnie otrzymał błogosławieństwo Aresa.

***

Impreza w domku nr 5 trwała całą noc. W całym obozie słychać było muzykę rockową, aż w końcu o czwartej nad ranem Chejron nie wytrzymał, i powiedział, iż bardzo cieszy się z uznania Max'a, ale jeśli się nie uspokoją, cały domek spędzi miesiąc na wachcie w kuchni, zmywając gary w płynnej lawie w uroczym towarzystwie harpii. To ich trochę uspokoiło, i w końcu obóz zapadł w lekki sen. Albo koszmar.
Śniło mi się, że jestem  w lesie. Widziałam płomienie wysokie na kilka metrów i nastolatków bawiących się przy dźwiękach muzyki. To było wczorajsze ognisko, pamiętam dobrze moment, kiedy Leo wysypuje na głowę Dave'a cały kubeł świeżego lodu. Patrzyłam na wszystko z boku. Wszystko wyglądało tak idealnie, jak z wyreżyserowanego filmiku. wtedy go ujrzałam. Stał oparty plecami o sosnę. Tą, która za chwilę przygniecie Max'a! 
- Ej ty! - rzuciłam z rozpędu - Kim jesteś? Wynoś się!
Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Podeszłam więc do niego i chwyciłam za ramię. Było lodowate. Wreszcie na mnie spojrzał, a kiedy to zrobił, nie zdołałam się poruszyć. Mogłam tylko patrzeć, jak spod pazuchy wyciąga srebrny przedmiot wielkości łyżki do ciasta i celuje w miejsce u podstawy drzewa. Tam, gdzie wycelował, pień przemarzł i złamał się pod własnym ciężarem. Jedyne, co jeszcze pamiętałam, to tatuaż na jego lewej dłoni, przedstawiający węża.

***
Mało kto docenił, że to JA znalazłam Max'a i Fionę. Mało kogo obchodził fakt, że to JA zdobyłam sztandar. Mało kogo obchodził fakt, że JA po prostu NIE mogłam dostać szlabanu! Naprawdę, mało kogo to obchodziło, a pana D w szczególności.
Pan D, jak się okazało, wcale nie był milusim panem D, jak to go tu wszyscy nazywają. Najwyraźniej ja i mój mózg nie załapaliśmy sarkazmu.
Pierwsza myśl, gdy widzisz pana D, to FUJ. Pan D, jak na kogoś tak wysoko postawionego, wyglądał dość obleśnie. I nie mówię tu o jego stuletnim zaroście czy zjechanych sandałach. Mówię o jego paskudnej, ufyflanej w czym popadnie hawajskiej koszuli, za dużych bermudach, niegdyś koloru błękitnego i totalnie pozbawionego jakichkolwiek emocji wyrazu twarzy. Nie wita się z tobą, jak na dyrektora przystało. Obczaja cię wzrokiem, a ty masz ochotę schować się za jeden z licznych, wiklinowych foteli ustawionych w jego gabinecie.
- Kto to? - zapytał, ładując sobie winogrono do ust i popijając je dietetyczną colą. - Nowa?
Megi wywróciła oczami, po czym zaprowadziła mnie na środek gabinetu. Kilka minut wcześniej powiedziała, że jeśli nie pójdę z nią do pana D i nie powiem, co stało się wieczorem, będzie ŹLE przez duże Ź. Więc poszłam. I to był błąd.
- Dzień do... - zaczęłam, ale pan D machnął na mnie ręką i znowu zaczął jeść owoce, tym razem aronie.
- Ne obchodzi mnie kim jesteś, raczej co się zdarzyło wczoraj wieczorem.
Otworzyłam usta gotowa odpowiedzieć, i nagle wszystko wyleciało mi z głowy, a z moich ust zaczęły wychodzić słowa, które na pewno nie przeszły kontroli w moim mózgu.
- Kiedy nikt nie patrzył przemknęłam się na skraj lasu i wykradzioną dzieciom Hefajstosa spiżową siekierą po prostu ścięłam drzewo, które miało pogrzebać syna Zeusa i spowodować wojnę między obozem Herosów i obozem Jupitera.
W chwili, gdy skończyłam mówić, zapomniałam, co powiedziałam. Spojrzałam po twarzach Megi i pana D, którzy patrzyli na mnie jak na intruza we własnym domu.
- Co jest? - zapytałam zdezorientowana.
- Coś ty właśnie powiedziała? - pan D zastygł z ręką wyciągniętą w stronę misy z owocami.
- Ja... - zastanowiłam się, co powiedziałam. W głowie miałam pustkę. Rzuciłam Megi przerażone spojrzenie i pokręciłam głową.
- Panie D... - zaczęła Megi, ale mężczyzna nie pozwolił jej dokończyć. Wstał ociężale i pochylił się nade mną, przeszywając mnie wzrokiem.
- Chcesz mi powiedzieć... - jego szept sprawił, że jeszcze bardziej się przeraziłam. Wolałabym już, żeby krzyczał. - ... że chciałaś zabić jedynego żyjącego syna Zeusa i spowodować wojnę, którą prawdopodobnie byśmy przegrali?
- Ale...
- Chcesz mi powiedzieć, że poświęciłabyś swoich przyjaciół i nas wszystkich tylko po to, by...!
- Dionizosie! - krzyknęła Megi, nadając tym samym imię gburowi w hawajskiej koszuli. No więc, pan D to tak naprawdę Dionizos, bóg wina i winorośli, dzikiej natury, pan satyrów. Zatkało mnie. Opuściły mnie jakiekolwiek uczucia, strach, niepokój. Nie czułam nic. Stałam tylko i nie mogłam uwierzyć, że jeden z bogów olimpijskich, właśnie na mnie nakrzyczał.
- Panie D, Dionizosie, ja... - zapowietrzyłam się. Odchrząknęłam i zaczęłam od początku, tym razem pewniej. - Panie Dionizosie. Nie wiem, co powiedziałam, ale jestem przekonana, że nie była to prawda. Prawdą natomiast jest to, że jedyną osobą, która szukała kogoś pod drzewem, byłam ja. Znalazłam Fionę i Max'a, i na pewno nie dlatego, że źle im życzę.
Megi kiwała głową tym energiczniej, im bliżej końca zbliżała się moja krótka przemowa.
- Dionizosie, nie zaprzeczysz, że brzmi to dużo bardziej przekonująco.
- Nie wiem, co jest przekonujące, a co nie, bo obie wersje wydają się tak samo prawdziwe.
- Panie D, musi pan uwierzyć. To nie ona.
- Przepraszam? - zapytałam cichutko. - czy mogę coś powiedzieć?
- NIE!
- TAK!
Krzyknęli jednocześnie bóg i Megi. Sumienie podpowiadało, żeby nie podpadać bogu i się zamknąć. Jednak wiedziałam, że Megi chce po prostu usłyszeć wszystkie wersje.
- No więc... - byłam ledwo słyszalna. Megi pokiwała głową na zachętę. Dionizos przejechał sobie palcem po szyi, jakby chciał sobie uciąć głowę. Przełknęłam głośno ślinę i kontynuowałam nieco tylko głośniej. - Miałam sen.
Megi odetchnęła z ulgą a pan D wywrócił oczami, zrezygnowany. Posadził swój boski tyłek z powrotem na wiklinowy fotel i machnął ręką, żebym mówiła dalej.
- Nie wiem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale...
- Ma, wierz mi, ma ogromne znaczenie - wtrąciła Megi.
- Okej... W każdym razie, śnił mi się wczorajszy wieczór. Ale ja w nim nie uczestniczyłam, raczej oglądałam wszystko z boku. Stałam w lesie, tuż na granicy z polanką, na której mieliśmy ognisko. I był tam ktoś jeszcze. Nie dostrzegłam jego twarzy. Jedynie tatuaż węża an jego dłoni. Wyjął coś z wewnętrznej kieszeni marynarki i zamroził tym drzewo. Potem się obudziłam.
Pan D i Megi spojrzeli po sobie, miny mieli nietęgie.
- Myśli pan, że to Dysnomia?
- Wraz z rodzeństwem, tak właśnie myślę.
- Ekhmn - wcięłam się - przepraszam, ale co to ta cała Dyskonia?
- Megi, zabierz proszę koleżankę i zapoznaj z harpiami. Spędzi tam dzisiejszy dzień zmywając gary.
- Ale...- próbowałam się bronić.
- Bez dyskusji! A teraz żegnam!

piątek, 4 lipca 2014

PRAWIE W TERMINIE

OCH OCH, odzyskałam komputer!!!!!!!!! (podobno ludzie, którzy wstawiają więcej niż trzy wykrzykniki na koniec zdania, mają problemy psychiczne...)

Na szybko i w rozgardiaszu:

ŻYCZĘ WSZYSTKIM CUDOWNYCH WAKACJI, PEŁNYCH NOWYCH ZNAJOMOŚCI, DOBREGO JEDZENIA, NOWYCH KSIĄŻEK DO PRZECZYTANIA I TYCH STARYCH, DO KTÓRYCH SIĘ WRACA, NO I OCZYWIŚCIE DUUUUŻO RADOŚCI!!!

życzy mammariss pogrążona w papierkowej robocie (harcerstwo ble fuu)

KOCHAM I DZIĘKUJĘ!

A teraz na poważnie:

Notka będzie, jeszcze w lipcu, tylko nie wiem dokładnie kiedy. Wyjeżdżam i nie będę miała możliwości dorwać się do komputera i coś napisać. Będę robić zapiski w zeszycie, a potem, jak zawsze, wymyślać na bieżąco :P
Niestety, z resztą wakacji krucho... 14 wyjeżdżam na obóz harcerski i nie będzie mnie aż do 4 (!) sierpnia...
JAK BĘDZIE, TAK BĘDZIE, ale nie martwcie się! mammariss wróci po 4.08! (mam nadzieję iks de)


LOVKY KOLOROFKY (tak bardzo gimbus)
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

wtorek, 17 czerwca 2014

ROZDZIAŁ VIII


 hmmmnnnm....
Powiedzmy, że zrobiłam to celowo.
Albo skłammy i uznajmy, że jestem wredna.
Nie wiem, czy wiecie jak to jest, zawiesić bloga i napisać w tydzień rozdział!
Przysięgam, byłam pewna, że mi głowa wybuchnie, a poczucie winy zaleje i utopi...
Nie zrobiłam tego specjalnie, broń boże!
W każdym razie, przepraszam i zapraszam do lektury!

***

Kolejka do zbrojowni była tak długa, że zdążyłabym przelecieć się do Anglii, przejechać London Eye, wstąpić do Muzeum Figur Woskowych i wrócić do obozu, a ona zostałaby w miejscu. W każdym razie stałam na szarym końcu, kiedy Megi złapała mnie za przegub nadgarstka i pociągnęła za sobą na sam początek kolejki. Czarne pukle córki Ateny łaskotały mnie po nosie, a kiedy przeciskałyśmy się przez tłumek przy wejściu do zbrojowni, miałam wielką ochotę potężnie kichnąć. Córka Ateny przecisnęła się do środka pomieszczenia i zamachała do jednego z chłopaków rozdających broń, a ten bez słowa siegnął za wielką szafę i wyciągnął zza niej długą pochwę z brazowej skóry i ze skórzanym paskiem. Rzucił nią przez pół pomieszczenia zprost w wyciągnięte ręce Megi. Ta złapała ją bez problemu i od razu przymocowała ją paskiem do biodra. Spojrzała na mnie znacząco, na co wskazałam jej jedynie rękojeść mojego pięknego sztyletu wystającą mi zza paska. Kiwnęła głową i zaczęłyśmy się z powrotem przeciskać do wyjścia.

***

Cały obóz, poza mieszkańcami domku nr 4 zebrał się na polanie przed wejściem do lasu. Było nas prawie dwie setki. Wyglądaliśmy jakbyśmy szli na wojnę z samymi bogami. Wszyscy byli ubrani w spiżowe zbroje w kórych odbijało się popołudniowe słońce. Nasze miecze i sztylety obijały się o uda, łuki o plecy, a hełmy z pióropuszami łaskotały trzymane pod pachą. Kiedy na sam środek polany wkroczył Chejron, ubrany w skórzany kaftan i z łukiem na plecach, wszystkie rozmowy i śmiechy ucichły. Każdy wpatrywał się w centaura i łowił z jego ust każde słowo.
- Obozowicze! Za chwilę rozpocznie się bitwa o sztandar!
Odpowiedziała mu salwa krzyków i głośnych wiwatów. Ja sama również krzyczałam, choć właściwie nie miałam pojęcia, co się zaraz zacznie. Wiedziałam tylko, że domek Aresa jest wyjątkowo podjarany. A to mogło oznaczać jakąś jatkę.
- Choć większość zna zasady, powtórzę je dla kilku nowiocjuszy. Choć paru ze starszych obozowiczów chyba o nich zapomina.
Bracia Hood wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a Connor niby od niechcenia poklepał się po kieszeni.
PLAN DZIAŁANIA NA DZISIEJSZĄ GRĘ:
1. za wszelką cenę unikać kontaktu z braćmi Hood.
- Gra jak zawsze toczyć się będzie w lesie - kontynuował swoje przemówienie Chejron. - Jak wiecie, grasują tam przeróżne stworzenia, które za wszelką cenę będą się starały, jak by to ująć, przeszkodzić w wydostaniu się z lasu cali i zdrowi.
- Czyli, mocno upraszczając i pozbawiając wszelkich ozdobników, będą starały się nas zabić. Pomijając fakt, że nawzajem też będziemy próbowali to zrobić - mruknęła Megi, a ja spojrzałam na nią szczerze przerażona a moje obawy, że znalazłam się wśród jakiś popaprańców powróciły ze zdwojoną siłą, i wtedy właśnie uświadomiłam sobie na dobre, że przecież ja też jestem popaprańcem. Jestem herosem i właśnie idę się ponawalać na miecze z innymi herosami po to tylko, by zdobyć jakąś głupią flagę zawieszoną na patyku. Ręce mi się zaczęły trząść, ale wtedy właśnie ktoś mnie za nie złapał. Megi trzymała moje dłonie w swoich i uśmiechała się do mnie szeroko.
- Spokojnie, ofiar śmiertelnych nie było od kilku lat. Jedynie złamania, rozcięcia, czasami zdarza się oddzielenie jakiejś części ciała od... ciała. Ale to normalka, luzik, nic złego się nie stanie.
Przyznaję, miałam ochotę wziąć nogi za pas i nigdy tam nie wracać.
- Jeśli chciałaś mnie pocieszyć, to od razu ci powiem, że słabo ci to wyszło.
W odpowiedzi jedynie uśmiechnęła się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle było możliwe. W rezultacie ominęło mnie pół monologu Chejrona, który dotarł już do dzielenia nas na drużyny.
- Aktualnie sztandar jest w posiadaniu domku Hefajstosa.
Wysoki brunet w lekko kręconymi włosami wydarł się w niebo głosy wywalając pięść ku górze. Strzelałam, że to grupowy domku nr 9.
- W drużynie niebieskiej razem z domkiem Hefajstosa będą Hermes, Atena i Hemera. Drużynę czerwoną tworzyć będą Ares, Afrodyta, Apollo, Hypnos i Posejdon.
Czyli moje plany unikania braci Hood spełzły na niczym. Jak unikać kogoś, kto jest z tobą w drużynie...?
Nasze pióropusze na hełmach zmieniły kolor na taki, w jakiej drużynie się znaleźliśmy. Centaur odczekał chwile, aż rozmowy ucichną i dodał:
- Nie chcę żadnych ostrych pojedynków. To zabawa, nie walka na śmierć i życie. Wygrywa drużyna, która pierwsza przeniesie zdobyty sztandar przez granicę, którą jak zwykle jest strumień. Ja będę krążył wokół pola rozgrywki jako sanitariusz. Powodzenia.
Wszyscy ruszyli do lasu. Tylko ja stałam wciąż w miejscu, nie do końca wiedząc, czy chcę do niego wchodzić.
 Zrobiłam pierwszy krok.

***
 
Las wyglądał jak każdy inny las na świecie. Miał drzewa liściaste, iglaste, mnóstwo liści chrzęściło ci pod nogami kiedy szedłeś, no i krył w sobie trochę potworów. Niestety nie chodzi mi o małe potworki typu moskity czy mrówki. Chodzi mi o wielkie, śmierdzące śmiercią potwory z krwi i kości. Z zębami długimi jak moje dłonie i oczami przeszywającymi cię na wylot.
Moja drużyna, niebieska, swój sztandar umieściła na niewielkim wzniesieniu wolnym od mikroskopijnych drzewek, krzewów i mrowisk, a obrońcy mieli stamtąd bardzo dobry widok, czy nie nadchodzą czerwoni. Oczywiście, jeśli na się za przeciwnika kogoś takiego jak domek Hypnos, który potrafi zasnąć na stojąco z otwartymi oczami, nie ma się czego obawiać. Jednak kiedy ma się za przeciwnika i Hypnosa, i Aresa... Może z tego wyniknąć niezła mieszanka. Wybuchowa. Chodzi mi o taki wybuch jak przy atomówce.
Na szczęście Hermes był w drużynie z Ateną, więc ja, Max i Megi prawie całą grę trzymaliśmy się razem. Na samym początku, kiedy Chejron dał dowódcom, to jest Hefajstosowi i Aresowi, czas na ustalenie taktyki, na szczyt wzniesienia wskoczył wysoki chłopak, który wcześniej wymachiwał sztandarem. Miał elfią urodę i boski uśmiech, który właściwie nie schodził mu z twarzy.
- Musimy utrzymać sztandar na pozycji! Czerwoni nie mogą przedrzeć się przez naszą linię obrony! Hemera i Hefajstos wyjątkowo staną na czatach. Musicie być czujni! Hermes i Atena przeszukują las w poszukiwaniu sztandaru czerwonych! Do dzieła, drużyno!
Dookoła rozległ się taki wrzask, że aż przytknęłam dłonie do uszu, zapomniawszy, że mam na głowie żelazny hełm. 
2. Pozbyć się hełmu, który prawdopodobnie uratuje mi życie, ale jest cholernie niewygodny.
- A ty co zamierzasz robić, Valdez?
Zapytał jakiś chłopak z włosami pofarbowanymi na fioletowo. Obstawiałam syna Hemery. Oni wszyscy byli lekko szurnięci. Gdybyście zobaczyli Bonnie. Rudy szaleniec.
Valdez odnalazł go wzrokiem w tłumie nastolatków i uśmiechnął się rozbrajająco. Zeskoczył zgrabnie z wzniesienia i podszedł lekko do narwańca.
- Ja będę łoić tyłki paru moim kolegom z obozu. W przeciwieństwie do ciebie, bo ty nie masz kolegów. 
I odszedł, wymachując w dłoni swoim mieczem. Cholerny pozer.
Miałam wielką ochotę zacząć mu klaskać, ale pozwoliłam sobie tylko na szeroki uśmiech i znaczące spojrzenie w stronę Megi, która wcale nie była tak zachwycona. Zaczepiła chłopaka kiedy przechodził obok nas i powiedziała wystarczająco głośno, żeby wszyscy mogli usłyszeć.
- Kogo ty oszukujesz, Leo. I tak wszyscy wiedzą, że pójdzie zaszyć się w bunkrze nr 9 i zaczniesz dopracowywać jakiś cholerny projekt, a potem zbierzesz albo laury, albo baty.
Osta ułożyły mi się w wielkie "O", ponieważ nie sądziłam, że Megi może być tak złośliwą bestią. Trąciłam ją w ramię, w szczerym podziwie.
Hefajstos ustawił się na wyznaczonych przez Leona pozycjach, a większość z nas rozbiegła się w las, niecierpliwie wyczekując dźwięku konchy, rozpoczynającego potyczkę.

W tym całym szaleństwie podobało mi się jedno: wszyscy byliśmy równi.
No... Może prawie wszyscy...

Na pewno nie jedno z Was zetknęło się kiedyś z kimś pokroju Katji czy Toma. Ja również. I to nie raz. Nawet teraz, w obozie półbogów, musiała znaleźć się taka osoba.
Miał na imię Dave. Był synem Hemery. I miał fioletowe włosy.
Od lat zadaję sobie pytanie, co takiego zrobiłam, że zawsze trafiam na typków, którzy najchętniej by mi ogolili głowę, gdy będę spać.
Wpaść na Dave'a mógł każdy. Ale musiałam być to ja. Musiałam zdeptać jego stopy i przywalić mu
tarczą w ramię. Musiałam, bo inaczej nie nazywam się Leanne Aslin.
Kiedy z przerażeniem odwracałam się, żeby zobaczyć, kogo tym razem stratowałam, miałam nadzieję, że przeproszę i będzie po sprawie. Ale nie.
- Bogowie, tak bardzo cię przepraszam, nie zauważyłam cię.
Spojrzał na mnie jak na najgorsze ścierwo z najgłępszych czeluści Tartaru, uśmiechnął się słodko i splunął mi prosto w twarz. Przyznaję, że miałam ochotę rzucić się na gada, jakiekolwiek konsekwencje by tego były.
Na szczęście, albo nieszczęście, odezwało się we mnie moje mądrzejsze i przyjaźniejsze JA, więc po krotkiej walce samej ze sobą, najzwyczajniej w świecie odwróciłam się na pięcie z zamierem oddalenia się z godnością i popytaniem ludzi, czy któreś z nich nie schowało pod napierśnikiem chusteczek higienicznych. Niestety, ktoś miał bardzo dobry refleks i cholernie mocny uścisk.
 - Łołoło! Gdzie ci tak śpieszno, księżniczko?
Normalnie nie miałabym nic przeciwko nazywaniu mnie księżniczką, ale możecie sobie wyobrazić moją sytuację. Opluta, ubrana w zbroję, stoję przez doświadczonym herosem, trzymającym w ręku (przy okazji, wciąż nie wiem, jak to możliwe, że tak szybko znalazł się w jego dłoni) spiżowy miecz, uniesiony czubkiem ku górze, tak że celował mi centralnie między moje zielone oczy. Nie żeby mi to szczególnie przeszkadzało, ale kiedy koleś mierzy mi mieczem pomiędzy oczy, to chyba mam prawo się zestresować, prawda?! Niestety, moje ADHD zadziałało i tym razem. W walce na słowa z farbowanym osiłkiem, nie wręcz z piekielnym ogarem. I szczerze powiedziawszy, nie wiem, co gorsze.
Wytarłam twarz z jego śliny i spojrzałam na niego z otwartą wrogością, przy okazji każąc zamknąć się mojemu sumieniu.
- Właśnie idę po swojego smoka, żeby przypalił ci ten fioletowy tupecik.
Dave'a zatkało, a w tłumie pozostałych obozowiczów rozległy się nieśmiałe oklaski. Rozejrzałam się i jedyne co zobaczyłam, to ogromny pysk spiżowej bestii tuż nad moją głową. Na jej grzbiecie siedział uśmiechnięty od ucha do ucha Leo.
- Ktoś mówił coś o smoku?
Uśmiechnęłam się.

***

Gra rozpoczęła się pięć minut później. Roześmiana Megi pociągnęła mnie między drzewa w stronę, w którym wydawało się udali się czerwoni. Max przepadł pośród tłumu rozchichotanych nastolatków.
Biegłyśmy pod górkę dobre piętnaście minut, kiedy moje kolana zaczęły się buntować.
- Megi, zwolnij, błagam.
Zatrzymała się na szczycie kolejnego wzniesienia i obejrzała się na mnie. Musiałam wyglądać nieciekawie, bo podbiegła do mnie z przerażoną miną i złapała za ramiona.
- Annie, wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
Opadłam ciężko na ściółkę i włożyłam głowę między kolana, żeby skupić się na dostarczeniu jak największej ilości tlenu do mózgu. Chwilę później mój oddech był wyrównany, a ja mogłam skupić się na rozmasowywaniu kolana. Megi podsunęła mi pod nos opakowanego w niebieski papierek batona o niezidentyfikowanym kolorze. Spojrzałam na nią nieufnie, ale wzięłam batona i powąchałam go. Rozśmieszyłam tym córkę Ateny, która przysiadła się do mnie i zachęcająco szturchnęła mnie w ramię.
- Spokojnie, to ambrozja. Każdy z herosów nosi przy sobie trochę boskiego pokarmu w razie nagłych wypadków.
- Takich jak ten? - wtrąciłam.
- Nie do końca. Zazwyczaj są one trochę bardziej drastyczne, jak stracenie czucia w nodze lub po prostu jej brak... 
Ugryzłam koniuszek masy batonowej. Smakowała jak galaretka z truskawkami.
- Znam to. Jadłam już coś takiego, prawda?
- Prawda. Leczymy się tym. Przyspiesza gojenie się ran. Jak smakuje?
- Jak... galaretka z truskawkami. Dziwne, ostatnio bardziej kojarzyło mi się z lodami waniliowymi.
- Tak to czasami jest. Ambrozja ma to do siebie, że smakuje jak nasze ulubione danie. Za każdym razem wyczuwasz coś innego, ale to wcale nie jest coś strasznego. To znaczy, że się nie ograniczasz. Czerpiesz przyjemność ze wszystkiego po trochu. To nawet lepiej. Jesteś wyjątkowa, jeśli chodzi o twoje upodobania kulinarne.
Uśmiechnęłam się. Ciekawe, ale ból w kolanie zniknął, a ja mogłam z powrotem biec szukać wrażeń.

***

Pierwszych przeciwników spotkałyśmy w połowie drogi do strumienia. Stali oparci o swoje włócznie nie zwracając uwagi na otoczenie. Trzech czerwonych, dziewczyna i dwóch chłopaków, nie spodziewali się, że Megi postanowi sobie z nich zadrwić. Ta dziewczyna z minuty na minutę robiła się coraz bardziej drapieżna. Taka Megi mi się podobała. 
- Leanne? Co ty na to, abyś odwróciła ich uwagę, a ja w tym czasie sprawię małą niespodziankę naszym leniuchom?
Nie czekając na odpowiedź wycofała się głębiej w las. A ja wręcz przeciwnie. Wkroczyłam prosto w plamę światła oświetlającą jedno z niezliczonych miejsc wolnych od drzew. Nawet stojąc w pełnym słońcu, świecąca się jak flara, nie zwróciłam na siebie uwagi czerownych. Najwyraźniej tak się rozleniwili, że nie zauważyliby stada cenraurów przebiegającego im przed nosem.
Zaaranżowałam widowiskowe podknięcie i naprawdę runęłam przed siebie jak długa, przy okazji obtłukując sobie łokieć.
Wreszcie! Zauważyli mnie leżącą na ziemi i plującą ziemią.
- Nowa?
Podniosłam się na nogi i otrzpałam z liści.
- Aż tak to widać, hę?
Uniósł brew ku górze, co mówiło samo za siebie.
- Nie za dobrze wam tutaj, w słoneczku, bez konieczności walki? - zmieniłam temat.
Wzruszył ramionami. Złote loki wystawały mu spod hełmu i miał niebieskie oczy, więc musiał być synem Apolla. Jego partnerzy mieli takie same nosy i miękkie włosy koloru kawy. Obstawiałam Afrodytę. Nic dziwnego więc, że schowali się z lesie i udają, że nie istnieją. Afrodyta słynęła z tego, że jeśli nie musiała czegoś robić, to tego nie robiła.
- Więc... Powiecie mi, w którą stronę do waszego sztandaru?
Prychnęli. To było do przewidzenia.
- To tak jakbyś pytała, czy podam ci numer mojego konta w banku. Myślę, że czas się pożegnać.
Mówiąc to wysunął z pochwy długi miecz i wymierzył we mnie. Była to już druga osoba, w ciągu pół godziny, która mierzyła we mnie bronią. Miałam szczerą ochotę z tym skończyć.
- Gdzie z tą wykałaczką! - wykrzyknęłam, jednocześnie dobywając mojego sztyletu.
- Mniej więcej w twoje udo, dokładnie w pachwinę.
- Chcesz żebym się wykrwawiła?
- Jakoś szczególnie mi na tobie nie zależy.
Otworzyłam szeroko usta, żeby odpowiedzieć, ale w tej chwili Megi postanowiła się rozerwać. I wyszło jej to całkiem nieźle.
Nie pytajcie mnie, jak ona weszła na to drzewo. Ani jakim cudem nie połamała się zeskakując z niego. I skąd wytrzasnęła sieć rybacką, którą wyjątkowo celnie zarzuciła na głowy czerownym. A te kulki z różową i zieloną farbą to chyba wyczarowała z powietrza!
Jak się może domyśliliście, nasi przeciwnicy wyglądali jak figura z kolorowego wosku na paradę rybaków.
Naprawdę próbowałam się nie śmiać. Ale z tego próbowania wyszło co zwykle. Po chwili zaśmiewałam się w najlepsze, a syn Apolla patrzył na mnie jak na potencjalną ofiarę.
Kiedy wreszcie Megi wyłoniła się spośród drzew skleiłam z nią piątkę i zaśmiałam, machając na odchodne półbożym pisankom.
 
***


- Skąd je wytrzasnęłaś?
Szłyśmy już od dziesięciu minut, słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, przyjemnie przebijając się przez poszycie lasu.
Spojrzała na mnie nie rozumiejąc.
- Kulki z farbą. Nie powiesz mi chyba, że wyczarowałaś je z powietrza.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Ach, to. W lesie jest wiele skrytek, trzeba się nauczyć z nich korzystać. Kojarzysz Leona? Grupowego domku Hefajstosa i lekko walniętego smoczego jeźdźca?
Przypomniałam sobie elfią urodę Leona. Był naprawdę przystojny, a do tego szurnięty. Półboski ideał.
- Coś tam kojarzę.
- Powiedzmy, że jest obdarzony trochę większym talentem od swojego rodzeństwa: panuje nad ogniem. Czasami jest jak Supernowa. Wszyscy mają koszmary, że Leoś w pewnego dnia straci nad sobą kontrolę i nas wszystkich spali.
Okej, NIE ideał.
- Super. Ale co ma Leo do skrytek w lesie?
- Och, no tak, wybacz, rozkojarzyłam się. Leon znalazł ukryty w lesie bunier nr 9; to znaczy należący do domku Hefajstosa. Znalazł tam mnóstwo projektów do zrealizowania, międyz innymi Festusa.
- A Festus to...?
- Spiżowy smok na którego grzbiecie go dzisiaj widzieliśmy.
- Acha...
Szłyśmy dalej.
Aż wpadłyśmy prosto w zasadzkę.

***

Byłyśmy tak zajęte sobą i rozmową, że nie zauważyłyśmy piętnastoosobowej grupy czyhającej na nieodpowiedzialne heroski, takie jak ja i Megi. Otoczyli nas, a my nie mogłyśmy nic zrobić. Największe rozczarowanie przeżyłam, gdy Megi szturchnęła mnie w ramię i wskazała mi coś ponad głowami przeciwników. Był to powiewający na wietrze sztandar czerwonych. Jęknęłam rozpaczliwie. Tak blisko, a tak daleko!
Przed szereg wyszedł wysoki i chuderlawy chłopak, z czarnym mieczem u boku i pierścieniem z czaszką. Był może w moim wieku, może młodszy, co wcale nie wpływało na poziom strachu, jaki ogarnął mnie, gdy na niego spojrzałam. Biła od niego pewność siebie.
- No no no... - wycedził przez zęby. - Kogo my tu mamy?
Megi poruszyła się niepewnie, a jej ręka jakby od niechcenia trafiła na rękojeść jej miecza.
- Nico. Wydaje mi się, czy Hades nie został przydzielony do żadnej drużyny.
- Racja. Sam się przydzieliłem.
- O ile mi wiadomo, jeszcze rano nie było cię w obozie.
- Ach tak. Zgadza się, pomagałem Hazel z paroma upierdliwymi kościotrupami.
- Super.
- Kim jest twoja koleżanka?
Skinął na mnie, a ja odruchowo się cofnęłam. Nie podobał mi się ten chłopak, nie podobał mi się sposób, w jaki mówił o kościotrupach i jego lekceważąca postawa. Ani sposób, w jaki na mnie patrzył.
- Leanne. Nowicjuszka.
Zmierzył mnie wzrokiem a jego końciki ust uniosły się lekko ku górze.
- Widzę - powiedział, a potem jakby zwrócił się bezpośrednio do mnie. - Zajeżdża od ciebie morską wodą.
Zmarszczyłam brwi.
- Że co proszę?
- On żartuje! - wtrąciła się Megi i pociągnęła mnie do jednego krańca kręgu. Czerwoni ścieśnili się i spojrzeli na nas srogo.
- Megi... - wypiszczałam wręcz. Rzuciła mi uciszające spojrzenie i zwróciła się do Nica.
- Nie macie może czegoś fajnego do roboty jak, no nie wiem, poszukiwanie Leona na Festusie? O ile dobrze pamiętam, zamierzał was stranować i wziąć sobie sztandar.
Rzuciłam jej zdziwione spojrzenie, bo ja szczerze powiedziawszy, zapamiętałam tylko, że miał zamiar skopać parę tyłków.
-Ym, Megi?
- Przymknij się, Annie.
Czerwoni wciąż i wciąż się ścieśniali, tworząc zwarty krąg. W ich dłoniach połyskiwały miecze, włócznie, łuki i sztylety. Miałam ochotę zetrzeć im z twarzy te drwiące uśmieszki.
Nico stał na ich czele, a jego uśmiech drażnił mnie najbardziej ze wszystkich.
- Miło się rozmawiało, Megi. Ile to już lat, dwa?
-Trzy i pół.
- W każdym razie: żegnajcie. Mamy do zdobycia pewien sztandar, ale was to już nie dotyczy.
Odszedł machając nam wolną dłonią, a za nim połowa czerownych, którzy nas otaczali. Niestety, druga połowa została i nadal mierzyła do nas z broni.
- Mamy przechlapane... - zdążyła jeszcze  mruknąć Megi, zanim pierwszy czerwony zaatakował.

***

 Pierwszy rzucił się na córkę Ateny ze swoją przeraźliwie długą włócznią.
3. Przeżyć.
Megi przymrużyła oczy i niemal mogłam dostrzeć przesuwające się w jej mózgu trybiki, kiedy obmyślała taktykę i formę kontrataku, którą mi przepięknie wyłożyła w ciągu pięciu sekund.
- Będą atakować pojedynczo, nie chcą ryzykować zbyt dużej liczby obrażeń. Ty bierzesz tych z tyłu, ja zatrzymuję tych tutaj. to głównie Ares i Apollo, więc uważaj na strzały, mogą być zatrute, tak samo włócznie. I jeszcze jedno:
Pamiętaj, atak jest najlepszą formą obrony.

Zaatakowałam.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

POTRZEBUJĘ CHUSTECZEK.

Tak bardzo chciałabym Wam powiedzieć, że mam dla Was wyrąbaną w kosmos notkę, długą jak mur chiński i szeroką jak moja dupa, ale... NIESTETY. NIE MAM.
I jest mi naprawdę bardzo przykro, bo lubię pisać tego bloga. I muszę się zebrać w sobie, żeby jednak kontynuować tę historię. Kocham Leanne i nie zamierzam jej porzucać :)
Musicie uzbroić się w cierpliwość. Koniec roku, trzeba się podlizać nauczycielom i popoprawiać co się da... Nienawidzę szkoły. Zabiera nam wszystko, co kochamy i zostawia to, czego nie znosimy.
grrrrrr
Tak więc, muszę to powiedzieć:
ZAWIESZAM BLOGA NA CZAS NIEOKREŚLONY (znając mnie, pewnie do wakacji)
PRZEPRASZAM WAS I JEST MI WSTYD.


(boże, to jest dłuższe od mojej pierwszej notki.... )

piątek, 9 maja 2014

ROZDZIAŁ VII


 Ojej! Patrzcie, co tu się znalazło! I to całkiem szybko! :o 
rozdział nie najdłuższy, nie najktótszy, najlepszy też nie, ale mama mammariss jest z niego dumna :')
Bon apetit! albo po prostu: miłego czytania!!

***

Po pierwsze: wreszcie mogłam pozbyć się kul (które, swoją drogą, są naprawdę nieporęczne)
Po drugie: pierwsze, co zrobiłam kiedy w końcu zeszłam z drzewa (przy okazji spadając z ostatniego schodka tej przeklętej drabinki) i stanęłam pewnie na nogach, to powiedzenie na głos: DAJCIE MI JEŚĆ.
Jak na dziewczynę lat piętnaście jadłam naprawdę dużo. Jakbym była jakimś sportowcem potrzebującym potrójnych porcji jedzenia, żeby jakoś przetrwać dzień.  Żarłam i żarłam, nic więcej nie robiłam, w końcu moja mama się zaniepokoiła i wysłała mnie do dietetyka, ale kiedy ten stwierdził, że mam znakomitą przemianę materii, i wygląda na to, że uprawiam dużo sportu,  przez co automatycznie pochłaniam więcej. Dobry żart. Ja i sport? Mama odpuściła sobie wizyty u specjalistów, kiedy piąty z rzędu stwierdził to samo. Mama powiedziała wtedy: "Uff! To nie rak!", a ja uciekłam z domu na trzy dni. Sama do końca nie wiem, czemu.
Omal nie zeszłam nan zawał, kiedy z drzewa po lewo wyszła dziewczyna. Dosłownie się z niego wyłoniła. Nie pytajcie mnie, jak to zrobiła. Musiała być po prostu super szczupła. Była młoda, nie mogła mieć więcej jak 16-17 lat, była niższa ode mnie i prawdopodobnie od każdego kto nie osiągnął wieku jedenastu lat. Miała włosy długie do pasa i mieniące się wszystkimi odcieniami pomarańczowego oraz niesamowicie zielone oczy. Miała elfią urodę i spiczaste uszy. Ubrana była w liliowy chioton i sznurowane sandały. 
- Na Zeusa! Chcesz mieć na sumieniu biedną i głodną nastolatkę?
Zarumieniła się na zielono. 
- Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć.
- Na chęciach się skończyło...
- Jak ci na imię?
Dziewczyna jest bezpośrednia...
- Mam na imię Leanne, ale wszyscy mówią mi Annie. A tobie? Stokrotka? Paprotka? a może Wiewióreczka z woreczka?
Chyba nie załapała żartu, bo zawstydziła się i nerwowo rozejrzała się wokoło. Odpowiedziała po chwili, ze wzrokiem wbitym w swoje stopy.
- Mam na imię Kalina.
Kalina malina, miałam ochotę powiedzieć, ale nie chciałam jej jeszcze bardziej peszyć.
- Miło mi. Słuchaj, czy wiesz może, gdzie znajdują się stołówki? Totalnie straciłam orientację, wiem tylko, że jeśli zaraz czegoś nie zjem, umrę z głodu i trzeba będzie mnie gdzieś pochować.
- My tu nie chowamy. My palimy zwłoki - Rzuciła to ot tak sobie i chyba nie do końca świadomie, ale i tak przeraziła się i zasłoniła sobie usta dłonią, jednocześnie mnie przepraszając za swój brak taktu, co brzmiało mniej więcej tak:
- Pszezbidehxxdhx crfre edwdxjhwaxrf.
- Spoko, nic się nie stało, ale czy mogłabyś mnie po prostu zaprowadzić do tych stołówek, bez wspominania o paleniu zwłok? 
W odpowiedzi jedynie pokiwała głową.
- Świetnie. No to idziemy.
I ruszyłam przed siebie, nie znając drogi. Geniusz. Przystanęłam więc i obejrzałam się za siebie, uśmiechając się zachęcająco. Kiwnęła głową i ruszyłyśmy ramię w ramię, nie odzywając się do siebie ani słowem.

***

Musicie wiedzieć, że naprawdę trudno jest wejść niepostrzeżenie do stołówek podczas obiadu. Jest to o tyle trudne, że choćbyś już prawie, prawie dotarł do swojego stolika po cichu i nie zwracając na siebie uwagi, i tak jakiś dzieciak krzyknie za tobą: "Hej, nowa, patrz pod nogi", po czym oczywiście podkłada ci tą swoją cholerną nogę, jakby nie mógł jej trzymać pod stołem jak cywilizowany człowiek, tylko macha nią w te i we wte i wiadomo, że w końcu nawinie mu się ktoś taki jak Leanne, która potyka się podnosząc swój plecak z podłogi. No więc rzeczywiście potknęłam się o jego nogę okutą w spiżowe nagolenniki i o mało co wywinęłam orła. Na szczęście znalazł się jakiś całkiem przystojny brunet który złapał mnie tuż nad ziemią. Czy tylko mi się wydaje, że ilekroć się potykałam czy przewracałam łapał mnie jakiś przystojniak?! Muszę się częściej przewracać...
- Dzięki - rzuciłam na wydechu, bo gościu miał NAPRAWDĘ niesamowite oczy. NAPPAWDĘ. Jeśli kiedykolwiek będę miała syna, ma on mieć takie oczy. Morskie. Zielono-niebieskie ze złotymi plamkami w kącikach. Patrzyłam na niego jak głupia, z lekko rozwartymi wargami.
- Wszystko w porządku? - zapytał, ale ja nie mogłam się odezwać, więc tylko kiwnęłam głową.
- Dobrze - i postawił mnie na nogi. Miałam szeroko otwarte oczy i oddychałam płytko. Musiałam wziąć małą poprawkę: on wcale nie był całkiem przystojny. Był cholernie przystojny, w dodatku zajęty. Skąd to wiem? Kiedy tylko zobaczyłam podejrzliwy wzrok Annabeth skierowany prosto we mnie wiedziałam, że nie jest jej obojętny.
- Jestem...
- Proszę o ciszę! - uroczemu chłopakowi przerwał Chejron który wbiegł sobie kłusikiem między stoliki i chwicił winogrona, które zamierzał władować sobie do buzi. Powstrzymał się jeszcze chwilę i odchrząknął, po czym przemowił donośnym głosem, jakiego po pół-koniu nikt by się nie spodziewał. Pomijając fakt, że nikt by się nie spodziewał pół-konia w swojej stołówce.
- Dzisiaj odbędzie się bitwa o sztandar!
Przy każdym stoliku zapanował chaos, ludzie śmiali się i gwizdali, każdy miał szeroki uśmiech na twarzy.
Chjeron uniósł w górę palec i wszyscy się uciszyli, a wtedy dokończył:
- Chciałbym przypomnieć, że domek Demeter dostał ostatnio zakaz na grę, za powiązanie całej przeciwnej drużyny kolczastymi pnączami i wzięcie sobie sztandaru...
- Było zabawnie! - krzyknął ktoś od Demeter ale natychmiast został uciszony przez dwustupięćdziesięciu obozowiczów, którzy jak jeden mąż się na niego spojrzeli. Chejron kontynuował.
- ...więc będziecie musieli wymyślić sobie składy uwględniając brak uczestnictwa w zabawie ze strony domku nr 4. Poza tym, jutro w obozie zjawią się nasi drodzy goście.
Teraz chyba nawet sam Zeus nie zdołałby uciszyć obozowiczów. Takiego hałasu nie ma nawet na koncercie Marsów. Ludzie szaleli i byle prośby Chejrona o spokój i zajęcie swoich miejsc nie robiły na nich żadnego wrażenia. Chyba jako jedyna nie skakałam z radości aż do nieba i we względnym spokoju żułam swojego kotleta. Od czasu do czasu jakiś narwaniec szturchnął mnie w ramie, raz czy dwa wylano na mnie sok, ale poza tym? Cisza i spokój. 
Kiedy wszystko się trochę uspokoiło, a ludzie powrocili na swoje miejsca i zaczęli jeść, szturnęłam jakiegoś chłopaka, który siedział obok mnie i właśnie mierzył w kolegę bitymi ziemniakami używając łyżki jako katapulty.
- O co chodzi, jacy goście?
Spojrzał na mnie najpierw z wyrzutem, bo szturchając go spowodowałam, że źle wymierzył i nie trafił w kumpla, a potem z niedowierzaniem.
- Jak to? Nie wiesz?
- A co ja? Wikipedia?
Wzruszył ramionami. Nienawidziłam, kiedy ktoś wzruszał ramionami.
- W sumie powinnaś to wiedzieć. Nastawiamy się na to spotkanie od miesięcy.
Zaczynał mnie irytować.
- Jakie spotkanie?
- Takie jedne. Nie zrozumiesz.
- Powiedz po prostu.
- Kojarzysz Jasona?
Mój wzrok padł na wysokiego blondyna siedzącego samotnie przy stoliku Zeusa. Naprawdę mu współczułam. Nie ma nic fajnego w byciu wyjątkiem wśród wyjątków. Wiem coś o tym.
- No więc?
- Przyjeżdża delegacja.
- Skąd?
- Z obozu Jupiter. Będzie się działo.

Jason pochodził z obozu Jupiter. Tak powiedziała Sophie. Musiał się nieźle denerwować, skoro miał się spotkać ze swoimi dawnymi kolegami. Ciekawe, czy utrzymuje z nimi kontakt.
Może to było głupie, ale rzuciłam swoje sztućce na talerz i wstałam od stołu, po czym przysiadłam się do Jasona. Spojrzał na mnie najpierw zdumiony, a potem znudzony.
- Nie możesz tu usiąść. To zabronione.
- Mam to gdzieś.
Westchnął po czym obrócił się na ławce w moją stronę.
- Słuchaj. Ani ty, ani ja nie chcemy mieć kłopotów. A zaraz ktoś przyjdzie i skopie nam obojgu tyłki. Więc z łaski swojej, zabieraj swoje cztery litery od mojego stolika, jeśłi nie chcesz mieć przerąbane.
Nie ruszyłam się z miejsca. Westchnął ponownie i tym razem po prostu wstał od stołu i odszedł w dół zbocza, po ścieżce z białych kamieni.
Zerwałam się z ławki i dogoniłam syna Zeusa. Jupitera. Nieważne.
- Jestem Leanne, ale przyjaciele mówią mi Annie.
- Wiem kim jesteś.
- Miło.
Ciekawe skąd wiedział, kim jestem. Nie byłam popularna w obozie, na pewno nie z tego, że przesypiałam całe dnie i noce. Szliśmy przez chwilę w ciszy. Patrzyłam w niebo, po którym płynęły na zachód białe kłębuszki chmur.
- Musisz się bardzo denerwować przybyciem delegacji, prawda?
Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Ja... Skąd wiesz?
Poczułam satysfakcję. Co jak co, ale na ludziach i ich emocjach znam się nie najgorzej.
- Widzę to. Obstawiam, że przybywa w niej ktoś, o kim chciałbyś raczej zapomnieć. Albo wróg, albo była dziewczyna.
Skrzywił się, gdy usłyszał słowa "była dziewczyna". Trafiony.
- Jak ma na imię?
- Reyna - odpowiedział machinalnie.
- Czyją jest córką?
Rzucił mi jeszcze jedno, podejrzliwe spojrzenie, ale odpowiedział.
- Bellony.
Otworzyłam usta szeroko, bo choćbym była historycznym geniuszem, za nic  nie ogarniałam, kim jest Bellona. Z całym szacunkiem. Mój nowy kolega pędził jednak z tłumaczeniem.
- Bellona jest boginią wojny, rzymskim i żeńskim odpowiednikiem  Aresa.
- Załapałam. A kim ta Reyna jest, że przyjeżdża?
- Pretorem.
Pokiwałam głową udając, że wszystko rozumiem. Na szczęście Jason chyba się zorientował, że nie do końca wiem, co do mnie mówi i na jego twarzy dostrzegłam cień uśmiechu.
- Pretor to najwyższy urzędnik w obozie Jupiter, coś jak Pan D. w obozie Herosów. Pilnuje porządku w mieście i w kohortach.
- W czym?
- Kohorty to coś jak domki u nas. Tyle że tam nie przydziela się do nich ze wzglądu na boskiego rodzica, tylko na umiejętności.
- Nieźle to wszystko pokręcone.
W odpowiedzi jedynie pokiwał głową. Dopiero teraz zauważyłam tatuaż na jego ramieniu, przedstawiąjący skrót SPQR i dwanaście kresek. Już otwierałam usta, żeby zapytać go, co in oznacza, ale uprzedził mnie i sam wytłumaczył.
- To tatuaż Pretora.
A więc był pretorem. Ale czemu zrezygnował?
- A kreski?
- Tyle lat byłem w obozie Jupiter. Dwanaście.
- Ale co robisz tutaj? Miałeś dobrą pozycję, zapewne wszyscy cię szanowali... Czemu zrezygnowałeś?
Nie odpowiedział od razu. Zapatrzył się w horyzont. Potem zaledwie wyszeptał:
- Zrezygnowałem, bo nie czułem się więcej rzymianinem. Poza tym, tu jest Piper. A nowym pretorem został mój przyjaciel, Frank. Jest świetny i będzie się genialnie dogadywał z Reyną. Ja naprawdę czuję się Grekiem.
o nic więcej nie zapytałam.

***

- Megi? Poszłabyś ze mną na arenę?
Po tym, jak omal nie doszło do niekontrolowanej bitwy na jedzenie oraz po dość osobistej rozmowie z Jasonem, zdecydowałam, że czas zacząć czuć się jak jedna z nich, jak heroska. Półbóg. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, było nauczenie się walczyć. W życiu bym nie pomyślała, że z własnej woli zechcę trzymać w ręku coś bardziej niebezpiecznego od noża do ogórków. Ale podeszłam do Megi, która właśnie tłumaczyła nowej dziewczynie, Fionie, gdzie są toalety. Dzisiaj rano przywiózł ją jej tata i jest co najmniej zdezorientowana. W każdym razie poczekałam na Megi i dopiero gdy odprawiła Fionę, podeszłam do niej i ledwie słyszalnie zapytałam ją, czy nie poszłaby ze mną na arenę.
- Annie, gdybyś mówiła ciszej, w ogóle chyba byś się nie odzywała. Błagam, głośniej.
Przestąpiłam z nogi na nogę, o rany, chyba pierwszy raz w życiu byłam zawstydzona. Mimo to podniosłam głowę i tym razem już wyraźnie powtórzyłam pytanie. Twarz Megi rozświetlił uśmiech. Myślę, że po cichu liczyła na to, że do właśnie do niej zwrócę się o pomoc. Szczerze powiedziawszy, nikt inny się nie nadawał.
- Jasne. Ale najpierw musimy chyba znaleźć ci jakąś broń. Coś odrobinę groźniejszego od dmuchanego balona.
Otworzyłam usta i już miałam powiedzieć, że to wcale nie było takie śmieszne, ale zdążyła się odwrócić i ruszyć w stronę niewielkiej szopy stojącej nieopodal stołówek.
Okey. Odwołuję. Wcale nie była niewielka. Była większa od mojego starego mieszkania. A musicie wiedzieć, że zanim moja mama poznała Pata, ledwo wiązałyśmy koniec z końcem. Mieszkałyśmy w obskórnym mieszkanku, dwupokojowym, a właściwie półtorapokojowym. Mama miała pracę na pół etatu w jakimś sklepie.
Pat nas uratował. Wyciągnął nas z mieszkania i spłacił długi. Nie ukrywam, że był bogoaty. Ale nie tylko w pieniądze. Miał bogate wnętrze. Był wrażliwy i opiekuńczy, i naprawdę go lubiłam. Po tym, jak były mąż mamy zostawił ją samą z wielkimi długami, które sam porobił grając w karty, naprawdę mało kto zwracał uwagę na kogoś tak niepozornego jak młoda sprzedawczyni w osiedlowym sklepie. Ale Pat jest inny. I dzięki mu za to.
W szopie było mnóstwo broni. Kojarzycie taki film 300? Tego żelastwa było mniej więcej tyle, ile posiadały obie armie ścierające się ze sobą.
Nie ukrywam, że wybór broni mnie przerósł. Podobały mi się misternie wykonane miecze, proste łuki i błękitne szpady. Jednak każda kolejna wzięta w dłonie sprawiała wrażenie wielkiej żelaznej bransolety, nie przedłużenia ręki. Żadna się nie sprawdziła. Nie wiem, ile czasu spędziłyśmy w ciemnym wnętrzu szopy, ale koniec końców Megi wręczyła mi do ręki sztylet. Był koszmarnie wyważony, ale na razie musiał mi wystarczyć. Wybiegłyśmy z szopy i w mgnieniu oka znalazłyśmy się na arenie, która była niemal pusta. Nie wiedziałam, gdzie się wszyscy podziali, ale w głębi ducha cieszyłam się, że zaledwie cztery osoby obecne na arenie, z czego dwie wyjątkowo zajęte sobą nawzajem, będą oglądać jak stawiam pierwsze kroki w sztuce walki na miecze/sztylety/łuki/słowa/szpilki.
Delikatnie mówiąc, moje pierwsze lekcje szermierki wypadły mniej więcej tak, jak zaśpiewanie prababci sto lat na setnych urodzinach. Porażka. Wypiszę może w punktach, bo tak będzie lepiej:
1. Megi uczy Annie.
2. Megi walczy z Annie.
3. Annie przegrywa osiem pojedynków z rzędu.
4. Annie siada na piachu i zdecydowanie odmawia kolejnego pojedynku.
5. Ostatecznie Annie wstaje i... !
Nie pytajcie mnie, jak to się stało. Sama nie wiem. Ale kiedy przez bite półtorej godziny powtarza się te same manewry, i ma się niejednokrotną okazję przyjrzeć się, jak poprawnie takowe wykonać, w pewnym momencie załapujesz. Tak było też ze mną. Załapałam. Po prostu wstałam z piachu i przyjęłam pozycję. A potem rzuciłam się na Megi, która się tego nie spodziewała. Trzymałam mój sztylet przed twarzą i cięłam nim raz po raz. A kiedy nasze sztylety się skrzyżowały, po prostu wytrąciłam jej go z rąk.
I tak trzy razy z rzędu.
Nawet nie zauważyłam, kiedy na arenie zebrał się kilkudziesięcio osobowy tłum. Około czterdziestu gapowiczów siedziało i wglapiało się we mnie, kiedy po raz czwarty rozbroiłam Megi. Stałam na środku areny, dysząc, ze sztyletem opuszczonym ku dołu i nie mogąc się nadziwić, skąd się ci ludzie tutaj wzięli. Wtedy przez nastolatków w pomarańczowych koszulkach zaczął przepychać się Max. Wypadł na środek areny krzycząc na gościa, który go popchnął. Uśmiechnęłam się pod nosem. Max miał na sobie lekką zbroję, a przy pasie jak zawsze wisiał mu jego miecz. W dodatku pod pachą niósł jakiś pakunek. Podszedł do nas i bez zbędnych wstępów po prostu włożył mi pakunek w ręce, a ja nie zdążyłam nawet mrugnąć. Odwrócił się, ale na odchodnym rzucił w moją stronę:
- Nieźle sobie radzisz, jak na nowicjusza.
I zaczął z powrotem wpychać się między ludzi, których przybywało. Patrzyłam jeszcze przez chwilę jak jego czupryna znika między innymi, a potem spojrzałam na pakunek. Był ciężki i miękki, przez co trudno było ocenić, co to jest. Więc go rozwinęłam.
Z szarego papieru wyciągnęłam przepięknie ozdobioną pochwę z czarnej skóry. Była obszyta srebrną nicią, dodatkowo była wybijana srebrnymi ćwiekami. Z jej wnętrza wysunęłam najpiękniejszy sztylet, jaki kiedykolwiek widziałam. Miał długość około czterdziestu centymetrów. Był wykonany z niebiańskiego spiżu, ostrze mieniło się lekko na błękitno. Rękojeść była obwiązana czarnym rzemieniem, tworząc wygodny uchwyt. W głowni umieszczono niewielki szafir, mający taki sam odcień jak moje oczy. Sztylet był idealnie wyważony, a ozdoba w głowni nie sprawiała, że broń była cięższa. Był idealny.
Pławiłam się jeszcze w zachwytach nad moją nową bronią, kiedy ktoś krzyknął.
- Orient, Annie!
Max najwyraźniej zmienił zdanie i wcale nie zamierzał opuszczać areny. Teraz pędził na mnie w między czasie sięgając do pochwy i wyciągając z niej swój miecz. Uśmiechnęłam się i ledwo zdążyłam porządnie chwycić sztylet, a już musiałam odparowywać cios zadany mi z góry. Mojemu ramieniu bardzo nie podobała się siła, z jaką zadano cios. Krzyczało z bólu, ale kazałam mu siedzieć cicho. Kolejny zamach, tym razem z lewej z dołu. Max mnie nie oszczędzał. W pewnym momencie straciłam koncentrację i rozluźniłam ramię, za co przyszło mi zapłacić długim i krwawiącym cięciem w lewe ramię. Bolało jak diabli. Ale ktoś zaczął mnie dopingować. Najpierw ciche, pojedyncze głosy, potem całe trybuny wykrzykiwały moje imię. Max uśmiechał się pod nosem i mruknął:
- Masz fanów. Może w końcu pokażesz im, na co cię stać, bo na razie robisz tu jakąś ckliwą szopkę.
Jedno musicie wiedzieć: nie można wkurzać rannej laski, która trzyma w ręku sztylet.
O tak, wkurzył mnie. i słono za to zapłacił. Odgarnęłam włosy do tyłu i uśmiechnęłam się zalotnie.
- Proponuję układ. Jeśli wygram, przez miesiąc będziesz zobowiązany uczyć mnie wszystkiego, co mi tylko przyjdzie do głowy.
Jeśli mam już wygrać, to niech się czegoś nauczę. No chyba, że każę mu mnie nauczyć, jak się lata. 
- Dobrze - zgodził się - Ale jeśli ja wygram, ty przez miesiąc będziesz musiała towarzyszyć mi na każdym szlabanie, jaki mi się dostanie.
- To nieuczciwe! - krzyknął ktoś z tłumu - Ty masz szlaban co drugi dzień!
- Więc teraz będę miał codziennie. Po to tylko, żeby zobaczyć, jak nasz mała słodka Leanne uczy się na własnych błędach. A może powinienem powiedzieć Lora?
Zawrzało we mnie.
- Oj, teraz przegiąłeś.
I rzuciłam się na niego z zamierem nauczenia go, jak się nie zachowywać, gdy patrzy na ciebie mamusia.

***

Kiedy po pojedynku pobiegliśmy oboje do obozowej infirmerii, byliśmy w lepszych humorach niż kiedykolwiek. Ponury Max, którego poznałam, okazał się całkiem równym gościem. Wpadliśmy ze śmiechem do wielkiego pomieszczenia i Max popchnął mnie na najbliżej łóżko. Odegrałam się oblewając mu przód koszulki wodą ze szklanki. Spojrzał na mnie z udawanym oburzeniem i już miał zamiar się na mnie rzucić, kiedy zza parawanu wyłonił się Chejron. Siedział w swoim wózku i najwyraźniej zaskoczyła go nasza obecność tutaj. Uspokoiliśmy się jak na zawołanie, od czasu do czasu jeszcze prychając pod nosem, nie mogąc się powstrzymać.
- Na Zeusa, jak wy wyglądacie. Chcecie dostać tężca?
Rzeczywiście, prezentowaliśmy się nie najlepiej.  Ja miałam potargane włosy, tak że wyglądałam, jakbym dopiero co zsiadła z motocyklu, w dodatku miałam ubłocone nogi i pocharatane kostki. Moja rana na ramieniu wciąż krwawiła a na policzku już zaczął wykwitać piękny siniak. Max wcale nie był lepszy. Miał podarty podkoszulek i pocięte ramiona. W dodatku miał rozciętą wargę i łuk brwiowy. mimo to uśmiechaliśmy się szeroko i sam Chejron nie mógł się nadziwić naszej radości. Opatrzył mnie i nakarmił ambrozją, która smakowała jak lody waniliowe z winogronami, a potem zajął się Maxem. Ten, za każdym razem gdy stary centaur odwracał się po kolejny bandaż lub plaster, parodiował go, przez co ja dostawałam ataków śmiechu. W końcu Chejron nas wygonił i powiedział, że następnym razem mamy trochę bardziej uważać.
- Zwłaszcza ty, Leanne - rzucił na odchodne. - Nie chcemy żeby ci się stała krzywda, prawda?
- Jasne, szefie! - odkrzyknęłam i pognałam w dół zbocza, prosto do zbrojowni. Za chwilę miała się zacząć bitwa o sztandar. Czułam motylki w brzuchu i coś jeszcze. Czułam się jak w domu.

***

- Pękasz, Stoner? - rzuciłam, kiedy chłopak wycierał sobie krew spływającą mu z rozciętej wargi. Wzrok miał dziki, ale uśmiechał się, przez co wyglądał na szaleńca. Podobało mi się to. Splunął czerwoną śliną w piach i mruknął jeszcze:
- Chciałabyś.
Obojej czytaliśmy Harrego Potter'a, to nie ulegało wątpliwościom. 
Wznowiliśmy nasz taniec ostrzy. Mój sztylet i jego miecz ścierali się ze sobą co jakiś czas, wydając charakterystyczne piski i szczęki. Cięłam go w ramię, płytko, ledwo drasnęłam. On w chwilę później przedarł się przez moją obronę i trafił mnie głowicą w policzek. Czułam jak pękają mi naczynka i straciłam chwilę na zastanawienie się, jak ja się pokażę z taką posiniaczoną mordą publicznie. Jednak niemal natychmiast dotarło do mnie, że każdy ma tu jakieś obrażenia, większe, mniejsze, i każdy obnosi się z nimi jak z biżuterią. Jakby nosili najcenniejsze klejnoty świata.
- Coś ci nie idze, mój drogi. Pierwsza lekcja: jak nie przegrywać z dziewczyną. Co ty na to? - rzuciłam, kiedy zrobiłam przewrót i uderzyłam go boleśnie płazem w udo.
- A może zechciałabyś się zamknąć i dopracować swoją obronę?
Mówiąc to ponownie ciachnął mnie kostkę. Miałam rozciętą skórę i krew sączyła mi się do buta, zabarwiając skarpetkę na różowo. Jak ja nienawidzę różowego.
- Może.
Kontynuowaliśmy. Ludzie na trybunach podzielili się na TEAM MAX i TEAM ANNIE. Bardzo mi się to spodobało. Najgłośniej krzyczały chyba Sophie z Megi i Annabeth, która wzięła się tam nie wiadomo skąd. Ryan solidarnie kibicował przyjacielowi. 
W pewnym momencie potknęłam się chcąc zrobić wypad i Max wykorzystał to, alby powalić mnie na ziemię i stanąć nade mną okrakiem, podkładając mi ostrze pod gardło. Uśmiechał się triumfalnie. 
- Poddajesz się, Leanne Asplin?
- Aż tak chcesz mnie mieć przy sobie, kiedy będziesz odrabiać szlabany? Słodko. A teraz daj mi wstać z łaski swojej.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
Nie zdążył nawet mrugnąć, kiedy przekręciłam się o sto osiemdziesiąt stopni, podcinając mu nogi i pokładając na zimny piach w jednej chwili. Usiadłam na nim i tak jak on mnie, podsunęłam mu ostrze do szyi.
- Poddajesz się, Maxie Stonerze?
- Aż tak chcesz się czegoś ode mnie nauczyć?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Milczał. Jeśli się podda, uznają go za słabeusza i boidudka. Jeśli się podda, będzie to oznaczać, że jestem lepsza. Jeśli się podda, okaże szacunek i uznanie za pokonanie go.
- Poddaję się.
Trybuny wybuchły w nagłym okrzyku radości. Wiwatowali wszyscy. Wstałam z Maxa i wyciągnęłam do niego rękę, aby pomóc mu się podnieść. Chwycił ją uśmiechając się.
- Dziękuję za wspaniały pojedynek, panie Stoner.
Przerwał otrzepywanie spodni z wilgotnego piachu. Uśmiechnął się. Miał taki ciepły uśmiech.
- To ja dziekuję,  panno Asplin.
Megi wbiegła na arenę. Miała wypieki na twarzy i potargane włosy. Stanęła między nami i uniosła moje ramię ku górze. Tłum wiwatował, skandowano moje imię, gwizdano i klaskano, a ja czułam, że jestem częścią tej społeczności.
Wreszcie czułam się jak heros.

czwartek, 1 maja 2014

Liebster Blog Award

Nominację do Liebster Award otrzymuje się od innego bloggera w ramach uznania za "dobrze wykonaną pracę". Daje możliwość rozwinięcia swojej działalności.

Po odebraniu nagrody, należy:
1. Odpowiedzieć na 11 pytań zadanych przez nominującego.
2. Zadać 11 pytań.
3. Nominować 11 blogów (nie wolno nominować nominującego ani samego siebie)

Tak więc DZIĘKUJĘ Spite X!


pytania od Spite X: 


1. Ulubiona książka, poza tą do której piszesz bloga?
Nie wiem. Wydaje mi się, przynajmniej właśnie tą zasadą kieruję się w życiu, że nie ma ulubionych książek, są tylko ulubieni autorzy... Z pewnością będzie to J.K. Rowling i Suzanne Collins, oraz Nicholas Sparks i Veronica Roth.
2. Kiedy pierwszy raz zaczęłaś pisać (nie koniecznie pierwszy blog)
Smykałkę do pisania złapałam w trzeciej klasie podstawówki, kiedy to pani od polskiego kazała nam opisać swojego przyjaciela. Opisałam pluszaka... Bloga piszę od stycznia.
3. Pasje... Oprócz pisania :D
Śpiewanie, czytanie, granie na pianinie, skrzypcach, nerwach, malowanie, harcerstwo, pływanie, JEDZENIE, pieczenie, tańczenie na skrzyżowaniu przy nutach HAIM? To się liczy w ogóle jako pasja? Czy już zalicza się do głupoty? :D
4. Ulubiony piosenkarz/piosenkarka?
:O za dużo wymagasz... ostatnio ciągle słucham ich: Ellie Goulding, Lana del Rey, Ed Sheeran, Birdy... a z zespołów to: 30SecToMars, Bastille, Imagine Dragons...
5. Ulubiony cytat z książki?
 mogę strzelić po angielsku? po naszemu brzmi trochę jak kupa... (sorry za porównianie, ale taka prawda ;) )

"- You love, real or not real?
  - Real."
 - THG Catching Fire

6. Ulubiony cytat z filmu?

"-Why do I, and everyone I love, pick people who treat us like we're nothing?
 -We accept the love we think we deserve"
- The Perks Of Being A Wallflower

7. Ulubione danie?
LAZANIA i RISOTTO Z DYNIĄ, RUCOLLĄ I KURCZAKIEM *.*
8. Który blog ma wg. Ciebie najładniejszą grafikę?
NIEEEEEEEEEE wiem.... jest opcja nie odpowiadać na pytanie? Nie chcę nikogo urazić, cholibka no... Ale największe wrażenie od zawsze robi na mnie grafika Lydii i Kath, na ich blogu:
http://neew-beginning.blogspot.com/
9. Czy lubisz komentować blogi? Dlaczego?
Nie lubię, szczerze powiedziawszy... Mam takie wrażenie (głupiam, wiem), że się ośmieszam... 
fobie, fobie everywhere!
10. Czy masz zamiar napisać kiedyś książkę i starać się ją opublikować?
Piszę książkę i zrobię wszystko, żeby ją skonczyć i opublikować ;)
11. Gdybyś mogła żyć w innych czasach... Jakie to by były czasy? (ach to powtórzenia ;P)
W przyszłości. Chciałabym wiedzieć, czy jestem tak obrzydliwie bogata, jak chcę, czy jeszcze bardziej ;) 



pytania od Tynta Zapal, dzięki ;)



1. Co cię podkusiło do pisania.
Życie :)
2. Jakie książki czytasz? Dlaczego?
Wszystkie :D uwielbiam to uczucie, kiedy zaczynam żyć życiem bohatera :)
3. Zwierzęta? Lubisz je czy wręcz przeciwnie? Jaki mógłbyś/ mogłabyś być? 
Lubię, ale czasami doprowadzają mnie do szału ;) drzemie we mnie małpa, ale mogłabym być gepardem
4. W przyszłości widzisz siebie jako...?
Pisarkę, aktorkę :)
5. Co myślisz o przyjaźni?
Jest cenniejsza od miłości, bo to właśnie z niej rodzi się to piękne uczucie :)
6. Jaki lubisz film?
Komedie, romantyczne, akcji, science-fiction, fantasy
7. Twój ulubiony serial?
Sherlock
8. Jaka piosenka sprawia że chcesz się śmiać?
https://www.youtube.com/watch?v=ua1FAlHt_Ys
9. Jakie blogi czytasz?
Trzy, może cztery, i ci blogerzy o tym wiedzą :)
10. Internet czy świeże powietrze? Dlaczego?
Świeże powietrze, ponieważ na dworze spędziłam pół swojego życia
11. Samotność czy krąg ludzi wokoło?
To zależy, jaki mam humorek. A ten żyje własnym życiem ;)



pytania od  ♥, dziękuję :)



1. Czy jakieś zdarzenie odmieniło twoje życie na zawsze?
Myślę, że poznanie kilku wspaniałych osób ;)
2. Twoje imię ma jakąś historię? Jaką?
Marysia? Na pewno ma, tylko ja o tym nie wiem :D
3. Dlaczego prowadzisz blog o takiej tematyce?
Jestem zakochana w Percy'm Jacksonie i R. Riordanie od dziecka :D poza tym, myślę, że chciałam się jakoś wprawić w prowadzenie bloga, bo kto wie, może zacznę pisać swoją niezależną historię (?)
4. Należysz do jakiegoś fandomu? Jakiego? Dlaczego?
Echelon, Potterhead,  Demigods, Tribute, Shadowhunter, Divergent i do paru innych, ale nieoficjalnie ;) kocham ich wszystkich. Dlatego.
5. Skąd jesteś?
Mazowieckie!
6. Czytałaś/łeś ostatnio jakąś książkę godną polecenia? Jaką?
Musicie wiedzieć, że czytam mnóstwo książek. Połykam je jak moje tabletky :) ale Gra Endera, Felix, Net i Nika, Poradnik Pozytywnego Myślenia, Niezbędnik Obserwatorów Gwiazd, Gwiazd Naszych Wina i Niezgodna to książki, które śmiało możecie przeczytać!
7. Ulubiona czekolada?
Z orzechami Milka
8.  Hobby?
Pisanie, śpiewanie, gra na fortepianie i skrzypcach... Itp
9. Masz rodzeństwo?
Starsi bracia to złoooo!
10. Jakiego rodzaju muzyki słuchasz?
Ja nie słucham konkretnego rodzaju... Mam kilka różnych płyt, od rocka, przez pop rock aż do jazzu, i we wszystkich jestem tak samo zakochana :)
Ulubiony wykonawca?
Pff... Dużo ich... Ale myślę, że 30SecToMars , Birdy, Ellie Goulding, Bastille i Ed Sheeran
11. Jakbyś miał/a wybrać sposób śmierci jaki był by twój wybór?
Chciałabym umrzeć szczęśliwa. 


nominuję:

http://powrotdoprzeslosci.blogspot.com/
 sohardtobeahereo.blogspot.com
http://potomkowieherosow.blogspot.com/
www.lilyijames-zdobyc-szczescie.blogspot.com
www.heroska-w-legionie.blogspot.com
http://revange-of-the-dead.blogspot.com
my-zycie-in-hogwart.blogspot.com
http://neew-beginning.blogspot.com/
http://lily-i-james-labirynt-zycia.blogspot.com/
http://two-4-you.blogspot.com/
http://percyiannabeth.blogspot.com/

wow... jest tego więcej, niż myślałam xd

moje pytania:

1. najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłeś/aś?
2. gdybyś mógł/mogła wyjechać za granicę i tam zostać, gdzie byś się wybrał/ła?
3. dlaczego piszesz bloga?
4. co cię inspruje?
5. o czym myślisz zanim zaśniesz?
6. ulubiona potrawa?
7. jak się ubierasz?
8. Dlaczego ja? czy Trudne Sprawy?
9. jakiej muzyki słuchasz?
10. kolor Twoich oczu?
11. czy jesteś super?

sobota, 26 kwietnia 2014

ROZDZIAŁ VI

zeszło się mnie z deka beka rozdział dupa ha ha ha 
pozdro600, mammariss


 ***

- Annie! Annie!
Słyszałam cztery głosy wykrzykujące w przestrzeń moje imię. Otworzyłam oczy. Wciąż byłam na plaży. Musiałam zasnąć, piasek przykleił mi się do policzka i wsypał do ust. Zaczęłam pluć i wytrzepywać go z włosów.
Słońce już zaszło, i teraz wschodzący księżyc odbijał się srebrem w oceanie.
- Tu jesteś urwisie!
Obejrzałam się trochę nieprzytomnie i ujrzałam Sophie. Wyglądała na zmęczoną, ale szczęśliwą. Odwróciła się za siebie i krzyknęła do reszty:
- Ej, znalazłam ją!
 Po chwili przybiegli jeszcze Megi i Calvin, oraz chłopak w którym rozpoznałam Ryana, brata bliźniaka Sophie, bo miał taki sam prosty nos i niebieskie oczy.
- To ona? - zapytał, gdy wszyscy okrążyli mnie jak w jakimś kółeczku dla para nienormalnych i Calvin podniósł mnie do pionu. Kule zapadały mi się w piasku.
- Nie, to zagubiony dostawca pizzy. Chcesz hawajską czy pepperoni? Oczywiście, że to ja, imbecylu! - wyrzuciłam z siebie, po czym policzyłam do dziesięciu, żeby nie przywalić mu z łokcia w ten jego prosty nos. Jak to możliwe, że ludzie wkurzają mnie na wstępie? Postanowiłam w duchu zrzucić wszystko na moje ADHD.
- Niezłe ziółko.
- Oj, poczekaj, aż ktoś powie coś o jej włosach - wtrąciła Megi z chytrym uśmieszkiem.
Bez zastanowienia odwróciłam się w jego stronę tak, że staliśmy teraz twarzą w twarz i przytknęłam mu palec do ust, kręcąc głową z przymkniętymi oczami, co zawsze działało na Calvina i paru innych natrętów.
- Nawet nie próbuj - wyszeptałam.
- Nuesumbarowaye?
- Nie, nie są farbowane.
- Faknyyne.
- Dziękuję, też uważam, że są ładne.
Zdjęłam palec z jego ust i uśmiechnęłam się zalotnie, dla polepszenia efektu. Ryan jeszcze przez chwilę wodził za mną wzrokiem jak urzeczony. Z transu wybudziła go Megi która z wyrzutem zapytała mnie:
- I chcesz nam powiedzieć, że byłaś tu przez cały czas?
Spojrzałam w jej stronę i zrobiłam minę niewiniątka.
- Och, no co ty! Poleciałam na moim różowym pegazie do Los Angeles zagrać w łapki z Maharadżą. Wróciłam jakieś dziesięć minut temu i postanowiłam się przespać, ale wcześniej obowiązkową nażarłam się piasku. A co, nie mogliście mnie znaleźć? Przecież zostawiłam wiadomość na niebie, że zaraz wracam. Nie zauważyliście wielkich liter ZW na niebie? Zadziwiające, jak rzadko ludzie spoglądają w niebo, prawda?
- Skończyłaś już? - wcięła się znużona Megi. -  Szukaliśmy cię pół godziny! Spóźniłaś się na kolację.
Szkoda, bo od dawna kiszki grały mi marsza. Już wiem, czemu śnił mi się wielki hot-dog z twarzą Maxa mówiący mi, że jestem cała w zielonym szlamie...
Widząc moją zbolałą minę, Sophie mrugnęła do mnie i szepnęła:
- Spokojnie, zawsze można poprosić braci Hood, żeby zwinęli coś ze spiżarni.
Rzuciłam jej wdzięczne spojrzenie. W tym momencie kula osunęła się po piachu i byłabym upadła, gdyby nie Calvin, który rzucił się przed siebie i mnie złapał.
- A ty nadal to nosisz? - odezwał się po raz pierwszy, kiedy mnie puszczał i stuknął palcem w moją szynę.
- Powiedzieli, że trochę w tym zabawię.
Uśmiechnął się.
- Może w innym świecie. Chodź ze mną.
Ruszyliśmy małym orszakiem w stronę, którą wskazał Calvin. Wspinaliśmy się po zaspie i czułam się jak kangur, skacząc na tych moich dwóch dodatkowych nogach. Reszta trzymała się z tyłu.
Dogoniłam Calvina i zrównałam się z nim. Nie miał na sobie spodni, przez co czułam się co najmniej dziwnie. Jego oczowalna, pomarańczowa koszulka była jedyną rzeczą zaliczającą się do ubrań. Oprócz tego, miał przy sobie pas z przytroczoną do niego drewnianą pałką i fujarką.
- Przy okazji - odezwał się po kilku minutach marszu. - Przepraszam, że cię wtedy zostawiłem.
 Spojrzałam na niego chcąc wyglądać groźnie, ale prawdę mówiąc, ja też bym go zostawiła. Zadałam jednak pytanie, które męczyło mnie od początku.
 - Gdzie się podziewałeś?
Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Myślałem, że to oczywiste.
Pokręciłam głową.
- Nie dla mnie, ułoma z szyną na nodze.
 - Bez przesady, zaraz się jej pozbędziemy.
Szliśmy dalej w milczeniu. Ocean po naszej prawej stronie, dzięki gwiazdom odbijającym się od jego powierzchni, wyglądał jak nieustannie falujący diamentowy dywan. Nie mam nic przeciwko diamentom.
Powiało chłodem i na moich gołych nogach pojawiła się gęsia skórka. Zupełnie zapomniałam, w co byłam ubrana owej feralnej nocy podczas ucieczki przed panią-potworem Fran. Najwyraźniej kiedy znaleźli mnie nieprzytomną pod drzewem i zanieśli do szpitalnego łóżka, nie zerwali ze mnie ciuchów, jak to się robi w prawie każdym filmie opartym na podstawie jednej z tysiąca dwustu trzydziestu sześciu książek Nicholasa Sparksa*.
Miałam na sobie moje ukochane czarne conversy, krótkie czarne spodenki i białą koszulkę z bardzo skromnym napisem "PRINCESS" na piersiach. Do tego, obowiązkowo, czarna skórzana kurtka. Mój ostry styl był jednym z czynników, przez które znalazłam się w OSMP-ie.
Przed nami wyrosła ściana lasu. Gęsto rosnące drzewa i krzewy zdawały się wciągać mnie między siebie.
- Byłem pewny, że kiedy się rozdzielimy, ogar pobiegnie za mną.
Megi przewróciła oczami, ale nic nie mówiła. Calvin kontynuował:
- Dużo więcej czasu spędziłem tutaj, wśród herosów, i miałem nadzieję, że odór boskiej krwi utrzymujący się na moim ciele wystarczy aby go od ciebie odciągnąć.
Zdaje się, że nie tylko mnie nowicjuszce wydawało się to najgorszym pomysłem roku. Z tyłu za nami ktoś prychnął. Odwróciłam głowę akurat żeby zobaczyć, jak Ryan, nie mogąc powstrzymać śmiechu, opluwa idącą przed nim Megi i zaśmiewa się w najlepsze. Calvin spiekł raka, a ja zastanawiałam się, czy nie trzeba dzwonić do wariatkowa. Instniała też opcja, że po prostu się w nim znalazłam...
- Przepraszam - wydusił Ryan pomiędzy kolejnymi wybuchami śmiechu - ale w życiu bym nie pomyślał, że możesz być takim idiotą, Calvin.
Na czerwonych policzkach satyra można było by smażyć naleśniki.
Szczerze powiedziawszy, niewiele rozumiałam, więc szturchnęłam Megi i dyskretnie zapytałam, o co chodzi.
- Zacznijmy od tego, że jesteś pierwszym przydziałem Calvina.
Od razu jej przerwałam.
- Przydziałem? Serio? To brzmi jakbym była ostatnim opakowaniem płatków śniadaniowych na półce w supermarkecie.
- Tak bywa. Właśnie tak satyrowie między sobą nazywają herosów, którymi się opiekują. Calvin po raz pierwszy został opiekunem. Strasznie się stresował, jest bardzo młody.
Spojrzała na niego z siostrzaną czułością.
- A właściwie - rzuciłam od niechcenia - Ile ty masz lat, Calvin?
Odrócił się i teraz szedł tyłem. W duchu liczyłam na to, że potknie się o jakiś wystający korzeń. Ach, ta moja wrodzona miłość do bliźniego.
- Na ludzkie lata czy moje?
- I te, i te.
- Na ludzkie lata mam 13 lat. Ale tu, w moim świecie, 26.
- Możesz już pić alkohol?  - to było pierwsze co przyszło mi do głowy po tym nieco zaskakującym wyznaniu. Jakbym była jakimś nałogowcem. To miejsce musiało na mnie źle działać.
- Serio, Annie? Alkohol?
- No co, jestem nastolatką.
Wywrócił oczami i z powrotem zwrócił się twarzą w stronę wędrówki.
Kiedy się zatrzymał, miałam lekkie wątpliwości co to tego, czy chcę, żeby mi pomagał.
Znaleźliśmy się u stóp wielkiego drzewa na którego najgrubszym konarze znajdował się... drewniany domek. Był niewiele mniejszy od tych wszystkich domów w których mieszkali wszyscy obozowicze. Był cały z jasnego drewna a prowadziła do niego drabinka. Tu spojrzałam wymownie na Calvina, potem na drabinkę, moją okutą w szynę nogę i z powrotem na satyra. Uśmiechnął się jedynie i zaprowadził na tyły wielkiego dębu, gdzie swobodnie dyndała sobie uprząż właśnie taka jakiej nie mieli ci wariaci, którzy wspinali się na górę z lawą. Dopiero po chwili ogarnęłam, że zamierza mnie w to ubrać i wciągnąć na górę. Spytałam, czy to koniecznie, ale kiedy zwyczajnie w świecie podniósł mnie do góry i wsunął w szelki, zrozumiałam, że nie ma odwrotu.
- Tylko mnie nie upuść - zdążyłam rzucić, zanim dopiąć ostatnią klamerkę, wcisnął mi w dłonie moje kule i potruchtał do drabinki, aby szybkimi susami wspiąć się po niej i doskoczyć do liny, która miała mnie unieść na platformę zbudowaną dookoła domku, żeby takie sierotki jak ja miały gdzie posadzić dupsko. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale czułam się jak jakaś upośledzona czy coś...
Na szczęście, moja podróż na górę była szybka i bezbolesna, nie licząc tasiemki od tych głupich szelek wpijającej mi się wszędzie i drapiącej w gołą skórę.
- Koniec trasy, proszę wysiadać - powiedział Calvin, kiedy podnosił mnie z ziemi i rozpinał klipsy, jakbym ja nie mogła tego zrobić. Stanęłam na platformie podpierając się kulami i podeszłam do krawędzi półki.
Rozciągał się stąd zapierający dech w piersiach widok. Domek znajdował się wyżej niż się wydawało patrząc na niego z dołu. Wyrastał ponad korony drzew otaczających potężny dąb i był większy niż myślałam. Mogłam policzyć stąd wszystkie domki obozowiczów i ludzi wyglądających jak mrówki i kłębiących się wokół kilku ognisk rozpalonych na placu pomiędzy domkami. W oddali majaczył czarny ocean, a gdzieś daleko był Wieki Dom.
- Jezu, przestań tak stać i chodź do środka, to może uda mi się ci pomóc przed wschodem słońca.
Pokazałam Calvinowi język i weszłam przez otwarte drzwi do domu.
W środku prezentował się... czysto. Jak na miejsce zamieszkania potencjalnego nastolatka. Na ziemi leżał zielony dywan, a w jednym kącie stał stoliczek kawowy, na którym pięknie prezentowały się złociste chryzantemy, których przyjemny zapach unosił się w całym pomieszczeniu. A było tych  pomieszczeń dokładnie trzy. Jedno, sypialniane, było zasłonięte czarną zasłoną, za którą nie omieszkałam się zajrzeć, bo moja wrodzona ciekawość była jak króliczek wielkanocny, nie do ogarnięcia. Za zasłoną zjandowało się proste łóżko z czerwoną narzutą i jeden stoliczek z lampą naftową i książką, której tytułu nie dostrzegłam. Na ścianie nad łóżkiem znajdowały się trzy zdjęcia. Jedno przedstawiało uśmiechniętego Calvina obejmującego się z dwoma dziewczynami. W jednej rozpoznałam Megi, druga była rudowłosa i bardzo, bardzo blada. Na drugim była Annabeth z jakimś brunetem i innym satyrem, oraz Chejron. Trzecie zdjęcie było ciemne, i chyba zostało zrobione w nocy, nad wodą, bo gdzieś w tyle majaczył niewyraźny księżyc. Nie widziałam twarzy postaci które zostały uwiecznione na fotografii, i wątpiłam by Calvin coś na niej dostrzegał, ale skoro wisiała nad jego łóżkiem, musiała coś dla niego znaczyć. Była jeszcze czwarta ramka, pusta i sniepasująca do schematu. Zastanawiałam się, czemu nie wstawił tam jakiegoś zdjęcia, i już miałam się go o to zapytać, ale w tym momencie pociągnął mnie za ramię i zaprowadził do drugiego pomieszczenia w jego mieszkanku, pseudo salonu. Bez słowa popchnął mnie w stronę wygodnej kanapy a sam podsunął sobie wiklinowe siedzisko sprzed biurka na którym znajdowała się papeteria i, nie wiedzieć czemu, obgryziona noga od jakiegoś krzesła lub półki. Przyzwyczaiłam się już do dziwnych upodbań kulinarnych mojego kumpla.
Zaczełam się trochę denerwować, kiedy spod szklanego stolika wyciągnął trzy drewniane miski z jakimiś dwoma proszkami i fioletowym płynem.
- Calvin...
Uciszył mnie srogim spojrzeniem.
- Mam uczulenie na orzechy - wyszeptałam.
Zdawało mi się, że Ryan ma ochotę się zaśmiać, ale chyba zorientował się, że w tym sposobem tylko rozproszyłby Calvina, który mieszał właśnie zielony proszek z płynem, mrucząc coś pod nosem, a kiedy z mieszaniny uleciał w górę obłok niebieskiej pary, uśmiechnął się i wyjął zza pasa fujarkę, na której zaczął wygrywać melodię, której nastrój nie sposób było określić. Raz była skoczna i wesoła, by po chwili zmienić się w ponurą nutę. Przerywał co jakiś czas, żeby dosypać drugiego proszku, czerwonego, a kiedy substancja osiągnęła kolor świeżego imbiru, przerwał usatysfakcjonowany.  Kazał Megi pomóc mi ze zdjęciem szyny. Kilka kropel płynu trafiło na gazę, którą przedzielił na pół i przyłożył w miejsce, gdzie zszyli mi udo oraz na kolano. Zaszczypało, ale natychmiast potem poczułam niewysłowioną ulgę. Resztę przelał do przezroczystego kubka i dodał słomkę. oraz różową parasolkę. Podejrzewam, że miał być to rodziaj jakiegoś dowcipu.
- Bon apetit - powiedział, podając mi szklankę. Wzięłam ją nieufnie i niemal zanużyłam nos w płynie chcąc go powąchać. Był bezwonny.
- Rozumiem, że nie będzie smakował jak to cudo które wypala od środka?
Uśmiechnął się w odpowiedzi, którą znałam. Musiałam przygotowć się na szok kulinarny.
Wzięłam pierwszy łyk.  
Miałam ochotę wypluś wszystko na ziemię. Lecieć do łazienki i myć język, póki nie zmyję z niego smaku tego egzotycznego koktajlu.
Żartuję. Miał smak mielonej mięty wymieszanej z imbirem i odrobiną papryczki chili. Było ostre, ale nie smakowało źle. Była tam jeszcze jedna lub dwie inne nuty, których nie potrafiłam rozpoznać, ale nie powiem, żeby mi jakoś szczególnie zależało. Wypiałam wszystko duszkiem i zasnęłam jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

***
 
Obudziłam się nad ranem. W domku nie było nikogo. Miałam wrażenie, że ostatnio nie robię nic innego tylko śpię...
Nagle zza  wyłomu wyłonił się chłopak z plaży. Nie wiedziałam, skąd się tam wziął, i jakim cudem go nie zauważyłam, ale był tam, i uśmiechał się do mnie. Odpowiedziałam niepewnym uśmiechem i spróbowałam podnieść się z kanapy, co od razu okazało się złym pomysłem, bo nie byłam gotowa stanąć cłym ciężarem na mojej nodze i kiedy tylko stanęłam w miarę prosto zachwiałam się do przodu i prawie że walnęłam nosem w drewnianą podłogę. Prawie, bo plażowy chłopak w porę złapał mnie w pasie i teraz podtrzymywał zaledwie kilkanaście centymetrów nad twardą, niedobrą deską, twarzą w twarz. Miał naprawdę ładne oczy. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że pierwsze, na co zwracam uwagę poznając kogoś nowego, to jego oczy. A te były niezwykle jasne i ze złotą obręczą wokół tęczówek.
- Rannym ptaszkiem to ty nie jesteś, prawda? - powiedział, wciąż trzymając mnie nad ziemią i uśmiechając się. Był realny, co mnie ucieszyło, bo przez jakiś czas miałam obawy, że koleś mi się przywidział.
- A powinnam być?
Wzruszył ramionami.
- Tutaj? Och, tak. Przyda ci się kiedyś, zobaczysz.
- Świetnie. Następnym razem będę pamiętać, a teraz, jeśli łaska, postaw mnie wreszcie do pionu, bo czuję się dziwnie.
Posłuchał i teraz stałam już pewnie na nogach, choć trzymając się blisko oparcia kanapy, aby  mieć się czego złapać, jakbym nagle zechciała się bliżej zapoznać z dębową podłodą.
Staliśmy tak kilka dobrych minut, tkwiąc w męczącej ciszy, kiedy ten poruszył oczywisty temat.
- Masz ładne włosy.
Spojrzałam na niego czujnie.
- Są może farb...
- Nie!
Cofnął się kilka kroków w tył, zapewne nie chcąc być pierwszym celem, w który miałam wielką ochotę rzucić tą głupią nogą od szafki czy tam krzesła, którą Calvin bardzo ładnie obgryza od jakiegoś czasu.
- Wyluzuj. Nie są farbowane. Rozumiem.
- Dziękuję.
Przymknęłam oczy i przytknęłam dłoń do skroni. Policzyłam do dziesięciu.
 - Właściwie jak masz na imię?
Ale kiedy otworzyłam czy, jego już nie było.


***


domek Calvina





 *wcale nie jest ich tak wiele, i, swoją drogą, kocham gościa ;)