sobota, 22 marca 2014

ROZDZIAŁ IV

Ból. To pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl zaraz po przebudzeniu. Cholerny, nieustający, pulsujący ból. Potworny.

Nie otworzyłam oczu, ale czułam czyjąś obecność. Nie wiedziałam, czy to coś chce mnie zabić, czy nie, więc nie zdradzałam się z tym, że się obudziłam, póki ten ktoś do mnie nie przemówił:
- Hej, słyszysz mnie?
Dziewczyna. Głos miała jedwabisty, miękki, matczyny. Miałam wrażenie, jakbym była w najbezpieczniejszym miejscu na świecie.
- Halo? 

Otworzyłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Tego mi brakowało. Mój nos wyczuł zmieszane ze sobą zapachy lekarstw, syropów i kadzidełek, jak w aptece. Pokręciłam nosem i chcąc nie chcąc kichnęłam potężnie.
Dziewczyna za moją głową wstał do pionu, pochyliła się nade mną i z lekkim uśmiechem na twarzy przywitała się jakbyśmy były starymi znajomymi.
- Cześć. Witaj wśród żywych.
No, może nie do końca jak ze starą znajomą, ale prawie.
Była ładna. Blond włosy kręciły się na końcach i okalały zaróżowione policzki. Miała nienaturalnie jasne oczy, szaro-burzowe, zdające się prześwietlać mnie na wylot. Tak jak oczy tego... czegoś.
- Jestem Annabeth. Jak się czujesz?
Jak się czuję? No nie wiem, łeb mi pęka, nie czuję prawej nogi i nie wiem, gdzie jestem. Jak się więc czuję?
- Głodno.
Oczywiście. Głodno.
Annabeth zaśmiała się uroczo i podała mi dużą szklankę napełnioną dziwnym płynem wyglądającym jak płynne szkło, ze słomką i kostkami lodu.
- A to co? Koktajl Mołotowa?
- Wypij, pomoże.

Uniosłam się nieco na rękach i usiadłam na żelaznym łóżku, z masą poduszek pod plecami. Szklanka z napojem była chłodna, ale kiedy wzięłam pierwszy łyk, płyn miał smak gorącego ciasta z rabarbarem! Mojego ukochanego ciasta, które razem z mamą piekłyśmy zawsze w pierwszy dzień wakacji. 
Zapiekły mnie oczy. Tęskniłam za mamą i nie wiedziałam, kiedy i czy w ogóle ją jeszcze zobaczę, nie wiedziałam nawet, czy Annabeth nie jest kolejnym potworem.
Popijałam sobie mój ciastowo-rabarbarowy napój w czasie kiedy Annabeth krzątała się przy szafce z całą masą pigułek.

Leżałam w dużym pomieszczeniu z mnóstwem łóżek i parawanami między nimi. Wszystko, jak okiem sięgnąć, było wykonane z żelaza i ciemnego drewna. Półki, łóżka, szafki, lampy, wszystko. Nie zdziwiłabym się, gdyby zastawa też była z żelaza. Mieli tu jakieś złoża czy co? W pomieszczeniu było jasno. Przez duże okna, teraz odsłonięte, wpadały promienie słoneczne mile grzejące mi policzki.

Bałam się spojrzeć na moją nogę. Naprawdę jej nie czułam. Przynajmniej wiedziałam, że mi jej nie odcięli, bo spod kołdry, nie żelaznej co prawda, ale ciężkiej, wystawały mi palce z pomalowanymi na bordowo paznokciami. Spróbowałam nimi poruszyć. Szło mi opornie, łagodnie mówiąc. A tak naprawdę wrzasnęłam z bólu, a palcami nie poruszyłam. Annabeth odwróciła się z przerażeniem na twarzy i przekonaniem, że już nie żyję.
- Co się dzieje?!
- Może ty mi powiesz?! Co jest z moją nogą?!
- Przecież wszystko jest na miejscu.
- Jakbyś się czuła, gdybyś nie mogła używać swojego mózgu?!
- Nie wiem.
- Jak to?! Przecież właśnie tak funkcjonujesz z dnia na dzień!
Annabeth zamknęła oczy i przejechała sobie dłońmi po twarzy. Wzięła bardzo głęboki oddech, jakby miało to powstrzymać ją przed pociachaniem mnie na drobne kawałeczki.
- Okay. Po pierwsze, zoperowaliśmy twoją nogę, zszyliśmy udo i nastawiliśmy rzepkę. Będziesz musiała się oszczędziać i nie szaleć za bardzo. Utrzymywaliśmy cię w śpiączce tzw. farmakologicznej jak najdłużej, jesteś tu od trzech dni. Nogę masz w szynie, więc uważaj. Trochę w niej zabawisz. To, co przed chwilą wypiłaś, to nektar. Leczyliśmy cię nim, ale co za dużo to nie zdrowo.
- Jak bardzo niezdrowo?
- Powiedzmy, że byłabyś naprawdę ognistą kobitką.
- W takim razie poproszę całe wiadro.
- Ja całkiem serio mówię. Wypali cię od środka, i zostawi kupkę popiołu.
- Super.
Patrzyła na mnie jak na wariata (i wcale jej się nie dziwię, bo wygadywałam głupoty) i szybko odwróciła się z powrotem do swoich kolorowych tabletek.
Kiedy się odwróciła, na tacce (żelznej, a jakże!) leżała cała masa różnej wielkości kolorowych pigułek i szklanka wody. Musiała wyczytać z mojej twarzy niechęć. Wciąż nie byłam pewna, czy nie chce mnie otruć. Uśmiechnęła się i przydsiadła na krawędzi łóżka.
- Nie jestem potworem.
- Jasne.
- Nie jestem też w pełni człowiekiem - dodała po chwili.
- Jeszcze lepiej. Też masz różki i włochaty zadek?
Uśmiechnęła się szerzej, i musiałam przyznać, że miała naprawdę ładny uśmiech.
- Nie, nie mam. Annie, powidz mi proszę, co wiesz o mitologii?
Zdziwiło mnie to pytanie. Spodziewałam się raczej takich typu: "jaką masz grupę krwi?" lub "czy jesteś bardzo koścista?".
- Greckiej? No siedzi sobie takich dwunastu gburów - tu Annabeth zerknęła w górę wyraźnie zaniepokojona - i umawiają się między sobą, kto dzisiaj ginie, które miasto rozwalają, a kogo oszczędzą.

Niech was nie zmylą pozory. O mitologii greckiej wiedziałam naprawdę sporo. Więcej niż cała moja powalona klasa razem wzięta.

- Nie do końca, ale na upartego może być - powiedziała po chwili Annabeth. - A co wiesz o ich dzieciach?
- Chodzi ci o Perseusza, Tezeusza, Heraklesa itp? No i jeszcze Dionizos, ale on też grzeje teraz siedzenie na Olimpie.
Annabeth patrzyła ma mnie jak na zagubiony prezent gwiazdkowy odnaleziony w maju. Z nalepką z jej imieniem.
- Musisz być od Ateny. Mało kto wie o Dionizosie...
Je dois être comme ça?*
Cela signifie que votre parent est divine Athéna.**
- Umiesz mówić po francusku?
- A ty?
- No, od dziecka.
- To może Afrodyta...
- Chyba nie do końca rozumiem, o co chodzi...
- Na razie nie musisz - podała mi tackę z lekarstwami - Połknij tabletki. O, i nie mów o tym Chejronowi. Nie lubi, jak faszeruję półbogów współczesnymi farmaceutykami.
- Co to Chejron?
- Tego też mu nie mów.
- "Mu"? To jakiś gościu? Mama zrobiła mu sporą krzywdę dając mu tak na imię.
- Jakieś trzy tysiące lat temu może i by się przejął....
- Facet ma trzy tysiące lat?!
- Owszem.
- Chwila moment! Połączmy fakty!
Wyliczałam wszystko na palcach prawej dłoni. I lewej.
- W szkole zaatakowała mnie jakaś szkarada. Następnie wprost z autobusu przechwycono mnie i wpakowano do furgonetki z jakimiś świrami i stuokim gościem, który chciał wziąć sobie moje piękne oczy i wszczepić w skórę. Dowiedziałam się, że mój przyjaciel Calvin nie dość, że ma włochate nogi, to jeszcze ich nie goli! Teraz budzę się nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo z kim! W dodatku wszysacy ciągle mówią coś o jakiś półbogach!
 Annabeth patrzyła na mnie z lekkim uśmieszkiem na twarzy. 

- Nikt nie wierzy za pierwszym razem.


 ***

 - Nie wierzę.
Ktoś za mną prychnął. Ktoś inny powiedział do sąsiada, że wisi mu trzy drachmy. Inni milczeli i po prostu wpatrywali się ze mnie znudzeni. Nowa. Jeszcze jedna. Półbóg.

- NIe wierzę - powtórzyłam po raz kolejny z coraz większym niedowierzaniem w głosie - Ja po prostu wam nie wierzę!
Ktoś wstał. Jakaś dziewczyna. Miała kruczoczarne, kręcone włosy i szare oczy. Była niewysoka i przysadzista, ale twarz miała dobrotliwą, i dodatkowe kilogramy tylko dodawały jej uroku. Podeszła do mnie i podała mi dłoń, żeby pomóc podnieść mi się z klęczek. Była ładna.
- Hej! Jestem Megi*. Chodź, oprowadzę cię po obozie - powiedziała, po czym dodała szeptem tak, żebym tylko ja mogła to usłyszeć - bo te sztywniaki jakoś się do tego nie palą.
Odpowidziałam uśmiechem i chwyciłam wyciągniętą w moją stronę dłoń. Opuściłyśmy stołówki w trybie NOW.

***

Właśnie byłam w trakcie śniadania, kiedy jakiś gościu na wózku poprosił mnie, żebym wyszła na zewnątrz, bo chce mnie przedstawić obozowiczom. Wyglądał na... zmęczonego. Jego twarz nie była ani stara, ani młoda. Po prostu była.
Jakoś wyczołgalam się z obozowej infirmerii z tym całym ustrojstwem w które została zapakowana moja biedna noga. Zdecydowanie wolalabym zostać w środku i w spokoju zjeść  moje śniadanie. Ale jak mus to mus. O framugę drzwi były oparte dwie kule. Wzięłam je sobie.
Na zewnątrz było ciepło. Słońce miło grzało mi policzki i odbijało się w liściach. Wyszłam prosto na dróżkę, która biegła przez las do stołówek, gdzie, według gościa na wózku,  miałam się udać. 
Idąc ścieżką ma się wrażenie, że przebywa się w zupełnie innym świecie. Drzewa rozpraszają światło słoneczne, a szum oceanu pieści ucho.
 Do stołówek dotarłam i  aż rozdziawiłam usta.

Przy około dwudziestu różnych stolikach siedziały co najmniej dwie setki obozowiczów, w takich samych podkoszulkach, od których koloru możnabyło dostać oczopląsu. Pomarańczowa fala zdawała się wdzierać siłą do mojej głowy. 
- Halo! Proszę o spokój!
Gościu z wózka wyjechał na sam środek stołówki i teraz próbował przekrzyczeć tłum. Ze zrezygnowaną miną zaczął... wstawać z wózka. Człowiek niepełnosprawny nagle stanął na swoich czterech nogach. Tak, czterech. A dlaczego czterech? Gościu z wózka był w połowie pięknym, siwym koniem. Teraz już wiem. Chejron. Trener i opiekun wszystkich półbogów o których słyszy się w naszych czasach. Chejron żyje. 
- CISZA!
Wszyscy umilkli jak na zawołanie.
- Dziękuję.
Machnął ręką, abym wyszła na środek. Wciąż zapatrzona w niego, nie mogąca uwierzyć w to, co się właśnie stało, przeszłam na środek stołówek.
- Drodzy obozowicze, to jest Lora.
- Leanne - poprawiłam automatycznie pewna, że to nie-bliźniacy powiedzieli mu, jak mam na imię. Albo ta zdradliwa koza Calvin.
- Dobrze. Leanne, opowiedz nam coś o sobie.
Przestąpiłam z nogi na nogę z całkowitą pustką w głowie. Co ja mam im powiedzieć? Nie jestem zbyt ciekawą osobą. Grałam na zwłokę i miętosiłam rąbek koszulki w dłoni.
- Mam na imię Leanne.
- To już wiemy - rzucił ktoś na lewo, ale natychmiast został uciszony przez kolegę obok.
-Mam piętnaście lat. Nie jestem nikim wyjątkowym.
- Jesteś. W końcu jakoś tu trafiłaś, prawda? - powiedział wysoki brunet siedzący pośród około trzynastu nastolatków o takich samych piwnych oczach.
- Nie mam pojęcia, kim jestem, okay?
- Półbogiem. Tak jak my wszyscy tutaj.
- Półbogowie nie istnieją.
- W takim razie co tu robimy?
Patrzyłam na niego i nie byłam w stanie uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Półbogowie nie istnieją!
- Mnie się nie pytaj, jak tylko się wyleczę, spadam stąd.
- Co się zaatakowało?
- A skąd mam wiedzieć?!
- Powiem ci. To był piekielny ogar prosto z Tartaru. Więc z łaski swojej usiądź  przy stoliku Hermesa i pogódź się z tym, że teraz będzie jeszcze gorzej.
Z wrażenia usaidłam na samym środku.
- Nie wierzę.

***





* Megi to nie jest żadna Maggie, Megunda sregunda, tylko Megi ;)

niedziela, 2 marca 2014

ROZDZIAŁ III

 ***
- Cholera!

Moje cudowne rozważania przerwał krzyk Calvina, który właśnie odsuwał się od okna furgonetki i bardzo nie obchodziło go, że nikt poza nim nie wie, co się dzieje. Nim i Argusem, który docisnął gaz do dechy, a czerwona wskazówka szybko wskakiwała na coraz wyższe liczby: 80, 100, 130, 150 km/h*.
Bracia rozglądali się po kabinie, szukali czegoś pod siedzeniami i w bagażniku. Nagle Connor wyciągnął spod mojego siedzenia długi, błyszczący miech. Tak, miecz. MIECZ, do cholery! Taki sam, jakim w starożytności ścinano kokosy i głowy. Travis miał identyczny. Już miałam im powiedzieć, że to nie jest śmieszne i że robią z siebie głupków, kiedy na moich kolanach zmaterializował się długi na czterdzieści centymetrów sztylet w skórzanej pochwie. 
- Ty żartujesz, prawda?

Travis, któremu spoglądałam teraz w oczy, nie był tą samą osobą, która przez ostatnie pół godziny przekomarzał się z bratem na temat tego, który z nich jest przystojniejszy. W jego oczach dostrzegłam upór i powagę, determinację ale na pewno nie iskierkę żartownisia która towarzyszyła mu cały ten czas.
- Wybacz Leanne, ale w towarzystwie trzech piekielnych ogarów nie jest mi specjalnie do śmiechu.
Bać zaczęłam się, gdy zupełnie wbrew sobie wyjrzałam przez szybę furgonetki i moim oczom ukazał
się ogromny, wielkości samochodu, coś jakby przerośnięty pies, skrzyżowanie buldoga z hartem. A kiedy odwrócił swoją głowę i nasze spojrzenia się spotkały, odniosłam wrażenie, jakby on mnie znał. 

Wtedy zaczęłam krzyczeć. Na całe gardło.
***
- Leanne! Uspokój się! Musicie wyskoczyć!
- Oszalałeś?! Jedziemy ze sto pięćdziesiąt na godzinę! Zabijemy się!!

Calvin już się przygotowywał do samobójczego skoku, zapiął klipsy swojego turystycznego plecaka na piersi, ściągnął trampki i teraz ściągał spodnie. Ściągał spodnie. 
Już wiem, dlaczego tak często, a zwłaszcza po deszczu, zajeżdżało od niego mokrą sierścią. Dlaczego mój przyjaciel nie golił nóg? A wierzcie mi, powinien. Takiej łasicy nie ma się nawet po ciężkiej i długiej zimie. 

Calvin, od pasa w dół, był kozą. Jego nogi pokrywało czarne poskręcane futerko. A zamiast stóp miał najprawdziwsze kopyta. Na razie nikt nie kwapił się wytłumaczyć mi, dlaczego mój kumpel nosi włochate kalesony, poza tym, i tak bym nie uwierzyła.
Travis i Connor tłumaczyli mi, że spróbują odciągnąć od nas potwory jak najdalej, ale żebym nie łudziła się, że przynajmniej jeden nie zostanie w tyle i nie pobiegnie za nami, ale że jeśli uda nam się  zgrabnie wyskoczyć i od razu bez narzekania i zatrzymywania się ruszyć biegiem prosto do celu, może uda nam się dotrzeć do obozu bez większych trudności.

Słuchałam tego i moje przekonanie, że to jacyś szaleńcy, potwierdzało się z każdym słowem. 
Dali mi jeszcze jeden sztylet, identyczny jak ten pierwszy, i powiedzieli, że jest zrobiony z niebiańskiego spiżu. Powiedzmy, że zrozumiałam tyle, że jednorożce zrobiły tęczową kupę na chmurce i z tego właśnie tworzywa mam broń. Kiedy zaczęłam protestować, że nie wiem nawet, jak się tym posługiwać, spojrzeli na mnie w identyczny sposób, co skutecznie zamknęło mi usta.

Może gdybym powiedziała im, że ja potrafię zranić się tępym nożem krojąc ogórka do sałatki, daliby mi miecz z kolorowych balonów, taki, jakie klauni rozdają rozwydżonym dzieciakom w restauracji żeby miały czym się zająć.

Calvin dawał mi krótkie instrukcje i mówił o punktach orientacyjnych, po których miałabym łatwo dotrzeć do obozu. Z tego wszystkiego zapamiętałam  głaz rozłupany na dwie równe części, strumień płynący trzema korytami i wielką sosnę na szczycie wzgórza, za którą to miałam być bezpieczna. Nie do końca rozumiałam dlaczego mi to mówi, przecież mieliśmy zwiewać razem. Nie wspomniał też o tym, co mam zrobić, jeśli ogar jednak zechce się ze mną pobawić, ale tak bardzo wymownie spoglądał na sztylety leżące na moich kolanach, że musiałam oswoić się w myślą, że będę musiała  użyć moich wykałaczek, czytaj: BĘDĘ MUSIAŁA WALCZYĆ Z WIELKIM PSEM-MORDERCĄ. Ja chcę do domu!
- Leanne, bądź gotowa na trzy! Zwolnimy wtedy furgonetkę jak tylko możemy, ale będziecie mieli mało czasu na skok!
Spanikowałam, to jasne. Mój przyjaciel był w połowie kozą, goniły nas trzy potwory, które nie miały prawa istnieć i na dodatek mieliśmy wykonać samobójczy skok w nieznane z pędzącego samochodu!
- Co z moimi rzeczami?
Oczywiście, dizajnerska walizka na pierwszym miejscu.
- Weźmiemy je! Jeden!
Nie, nie, nie, nie, NIE
- Dwa!
- A jak się zabijemy?!
Travis otworzył boczne drzwi furgonetki i chłód majowego wieczoru wdarł się do środka. Dostałam gęsiej skórki i pospiesznie założyłam moją czarną skórzaną kurtkę której dotychczas używałam jako poduszki.
- Trzy!
Auto nieznacznie zwolniło i razem z Calvinem wyskoczyliśmy na zewnątrz.

Chyba nie muszę wam mówić, jak bolesne jest bliskie spotkanie z kamienistym poboczem. Choć moje kolano jak i kostka nie zniosły tej znajomości najlepiej, wstałam niemal natychmiast i zaczęłam biec za moim kumplem, którego włochaty tyłek właśnie znikał w krzakach. Biegł nadzwyczaj szybko jak na kogoś z zanikiem mięśni, choć osobiście zaczęłam już rozumieć, dlaczego nie ćwiczył na wf-ie. No bo co by sobie pomyśleli ludzie, gdyby zobaczyli jego włochate giry w krótkich spodenkach treningowych?
- Calvin, zwolnij trochę!

Nawet jeśli posłuchał to i tak poruszaliśmy się za szybko i już po dwóch kilometrach odpadłam.  I choć kondycję miałam nie najgorszą, to zdecydowanie wolałam krótsze dystanse. Moje płuca wołały o pomoc a mięśnie w łydkach rwały niemiłosiernie, ale dzielnie parłam na przód. Przebiegliśmy jeszcze z dwieście metrów równolegle do bocznej drogi, kiedy Calvin kazał mi biec dalej i się nie zatrzymywać, a sam skręcił w lewo, czyli w przeciwną stronę niż ta w którą mieliśmy się udać. Minęłam przepołowiony głaz, co pozwoliło mi sądzić, że do celu pozostało nieco ponad kilometr.
Sztylety niemiłosiernie obijały mi się o uda i brzęczały co doprowadzało mnie do szału i jednocześnie zdradzały moją pozycję potencjalnemu napastnikowi, więc wyjęłam je z pochew i biegłam dalej trzymając je przed sobą jak jakąś śmierdzącą skarpetę. Nie była to może najwygodniejsza forma ucieczki, ale niewątpliwie właśnie ona uratowała mi życie.
***
Piekielny ogar wyskoczył na mnie w prawej strony, kiedy mijałam  potrójny strumień. Według zapewnień nie-bliźniaków za jakieś pół kilometra powinnam dotrzeć do sosny, minąć ją, zejść w dół zbocza i znaleźć się w bezpiecznym miejscu.
Miał duże, czarne oczy które zdawały się mnie prześwietlać  i liczyć kosteczki do obgryzienia.
Jego krótka sierść lśniła w świetle księżyca i miałam wrażenie, że krążą po niej twarze zastygłe w wyrazie przerażenia. 

W ciągu tego dnia nauczyłam się trzech rzeczy:
- nie ufaj lekarzom
- bliźniacy mogą się okazać nie-bliźniakami
- i nigdy, przenigdy nie atakuj piekielnego ogara z bronią nad głową. Prawdopodobnie rozszarpałby ci bebech, a ty nie miałabyś jak się bronić.
Mnie też by pewnie wybebeszył, gdyby nie fakt, że miałam drugi sztylet w lewej ręce, i to właśnie instynkt (KOBIECY, jestem tego pewna) kazał mi się zamachnąć z boku. Może nie był to najtrafniejszy zamach w moim życiu, ale ogłuszyłam ssaka bądź cokolwiek to było płazem sztyletu i zerwałam się do dalszego biegu.

Chyba tylko sam Calvin potrafiłby mi podać powód, dla którego miałabym go nie zabijać przy najbliższej okazji. Nie wiem, czemu się go posłuchałam i nie przesłuchałam, dokąd się wybiera, czy ma zamiar wrócić i czy zabrał ze sobą krem z filtrem! Niech go szlag...
Już widziałam sosnę, jej potężny pień, szeroko rozstawione gałęzie, czułam jej potęgę i zapach sosnowych igieł, kiedy cudowna ja wpadłam w jakiś przeuroczy dołeczek i wywinęłam orła. Muszę wspomnieć, że kolana to moja pięta Achillesowa, więc kiedy usłyszałam cichutkie trach wiedziałam, że moja rzepka nie przeżyła kolejnego bliskiego spotkania z twardym podłożem.
 Wrzasnęłam z bólu i wciąż ze sztyletami w dłoniach podczołgałam się do sosny i oparwszy się o jej chropowaty pień, czekałam na przybycie przerośniętego buldoga.

Nie musiałam długo czekać. Mój pupil przybył do mnie w kilka minut po moim efektownym upadku. Obnażył swoje żółtawe, krótkie za to liczne zęby, a w jego gardle narastał warkot.
- Dobry piesek - wypiszczałam. Moje serce biło teraz tak mocno i tak szybko, że usłyszałby je każdy przechodzeń.

Trzymałam sztylet na wysokości bioder, jego czubek skierowałam między oczy potwora. I wtedy usłyszałam śmiechy. Gdzieś niedaleko, za mną, spora grupa osób śmiała się głośno, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia.
To musiał być ten obóz.
A piekielny ogar nie może wejść do obozu.
Więc dlaczego ja, Leanne Asplin, siedzę sobie po tej akurat stronie sosny, kiedy, według zapewnień Calvina i braci, za nią miałabym być zupełnie bezpieczna?!
I kiedy tak rozmyślałam na temat swojej głupoty, ogar zaatakował.

 Z boku, zupełnie niespodziewanie, a ja straciłam czas na zorientowanie się w nowej sytuacji, więc gdy ogar mnie dopadł, nie byłam nawet w stanie się obronić. Kiedy pazury potwora rozpruły mi udo nie zdążyłam nawet krzyknąć. Ogar przeskoczył nade mną a ja, pół przytomna z bólu, ostatkami sił zamachnęłam się na niego sztyletem i trafiłam go, prosto w gardło.
Zniknął. Tak samo jak wcześniej pani Fran, zamienił się w żółtawego gluta i zniknął.

Ostatnie co pamiętam, to wyraz twarzy zdyszanego Calvina pochylającego się nade mną.







* tak mi się nie chce pisać "kilometrów na godzinę", że będę sobie trochę ułatwiać życie :)





***
JEEJ!
to będzie już trzeci rozdział, i choć pojawił się suuuper szybko po poprzednim, zapowiadam:
ferie się skończyły, czas na naukę,  więc rozdziały będę dodawać sporadycznie i w miarę własnych możliwości (czytaj: jeśli rodzice nie dadzą mi szlabanu na komputer lub po prostu mi go nie zabiorą)
pozdro600, mammariss

poniedziałek, 17 lutego 2014

ROZDZIAŁ II

Ja naprawdę nie wiem, jak znalazłam się w tym autobusie.  Leżałam na trzech siedzeniach w ostatnim rzędzie gdzie, zazwyczaj, gdy tylko jedziemy na jakąś nudną wycieczkę, siedzi Tom z Katją i swoimi podwładnymi. W sumie powinnam się czuć zaszczycona, albo co najmniej wyróżniona, ale mało mnie to w tej chwili obchodziło. W przeciwności do mojej rany na głowie, która znowu się otworzyła, i teraz krew powoli zalewała mi prawą stronę twarzy. Nie miałam nic, chusteczki, plastrów, żeby powstrzymać krwawienie. Calvin spał, z nadgryzioną puszką w dłoni.
Nadgryzioną puszką?

Potarłam oczy, bo byłam pewna, że z powodu szoku coś mi się przywidziało, ale kiedy znowu spojrzałam na śliniącego się przez sen kumpla, na aluminiowej puszce widniał ślad sporych, równych zębów, które uśmiechały się do mnie za każdym razem, gdy potykałam się o własne nogi.
Mój przyjaciel, w wolnych chwilach, podgryza sobie aluminiowe puszki. Dla mnie spoko. Tylko żeby nie kazał mi wziąć gryzka na spróbowanie. Miałabym przechlapane...

Bardzo delikatnie trzepnęłam go w głowę, aż zsunął się z siedzenia i wydał z siebie gardłowe "beee!"
- Calvin!
- Jeeeść!
- Calvin, ty wielka kupo końskiego łajna! Obudź się leniu patentowany, bo jak nie, to ci zrobię z d...!

W tym momencie przerwałam, bo zorientowałam się, że trzy czwarte autobusu, głównie straszne panie ze swoimi wnuczkami i siatkami, wpatrują się we mnie oczami wielkimi jak spodki od filiżanek, a wyrazy ich twarzy dały mi jasno do zrozumienia, że jeśli wyrzucę z siebie jeszcze jedno słowo,  to wyślą mnie gdzie pieprz rośnie za to, że kazałam wysłuchiwać ich skarbeńkom podłych wulgaryzmów! W sumie mógł też ich przerazić strumień krwi  lejący się z mojego czoła... Jeden pies.
Uśmiechnęłam się przepraszająco, pochyliłam się nad uchem Calvina i bardzo, bardzo cichutko wyszeptałam:
- Obudź się, bo jak nie, to ci zrobię z dupy jesień średniowiecza.
Sukces, obudził się, potarł ucho i spojrzał na mnie z nieukrywanym przerażeniem, bo moje czoło wyglądało, jakby Tarantino wykorzystał je w swoim najnowszym filmie.
- Annie? Potrzebujemy lekarza.
Wciąż słodko się uśmiechając, ledwo powstrzymując się od wrzasku i wypowiedzeniu wszystkich znanych mi przekleństw, odpowiedziałam:
- Calvin? Ostatni "lekarz" o mało nas nie zabił. Nie wiem, jak ty, ale ja nie mam w zwyczaju "pozbywania się" lekarek ot tak (tu pstryknęłam palcami, dla zwiększenia efektu). Nigdy też nie noszę przy sobie buteleczek z zabójczymi substancjami, które ratują mi życie, bo moje, aż do dnia dzisiejszego, nie było zagrożone, no chyba że rozjechaniem na placek przez autobus szkolny!

Chłopak patrzył na mnie jak na opętaną, i wcale mu się nie dziwię, bo kiedy się wściekam, moje włosy się elektryzują, stają dęba, źrenice się rozszerzają, jakbym była na haju i nie wiem co jeszcze, ale wyglądam jak diabeł wcielony.
- A teraz bądź grzecznym chłopcem, i gadaj. Co ja robię w autobusie, dlaczego z mojego czoła wciąż leje się strumień krwi, i z jakiej paki jesz puszkę?!
To ostatnie dodałam widząc, jak Calvin podnosi kolorowe aluminium do ust i zaczyna się w nie wgryzać, ale przestał, gdy tylko o tym wspomniałam, a na jego policzkach pojawił się czerwony rumieniec.

Nie odpowiadał. Czekałam cierpliwie jakieś pięć minut, ale potem tak jakoś wyszło, że rzuciłam się na niego z obnażonymi zębami i pomalowanymi na czarno paznokciami. Musiało to wyglądać dziwnie z perspektywy wszystkich babć, ale żadna nie zareagowała. Słyszałam tylko, że gdzieś któraś wspomniała o egzorcyście. Krzyczałam na niego, że ma zerwać śluby milczenia i wszystko pięknie mi wyśpiewać!

Patrzyłam na niego wielce wymownym wzrokiem. Zauważyłam, że musiał bardzo się denerwować, bo na jego czole wystąpiły kropelki potu, ręce mu się trzęsły i jak zawsze, kiedy się stresuje, oddychał płytko robiąc szybkie półoddechy.
- No więc?

Potarł dłońmi o uda. Potem sięgnął do kieszeni i wyjął paczkę chusteczek higienicznych. Wyjęłam jedną i przyłożyłam ją sobie do czoła, jakby była ostatnią barierą między moją krwią a podłogą... I właśnie tak było... W tym samym czasie Calvin wziął sobie drugą chusteczkę i zaczął ją żuć. Nie miałabym nic przeciwko, sama lubię sobie raz na jakiś czas  podgryźć papier, gdyby nie fakt, że z chusteczką w ustach ciężko się mówi.
- Calvin, do jasnej ciasnej!
- Okej okej! Tylko nie zacznij mnie znowu przyduszać!
- No mów.
Wziął głęboki oddech, wziął głęboki oddech i przygotowywał się na zderzenie z prawdą. Nie popędzałam go, ale ukradkiem spoglądałam na zegarek. Dwie minuty, cztery, siedem...
- Calvin!
- Kiedy ja nie wiem, od czego zacząć!
- Może od początku, geniuszu...
- No dobra... Zaczęło się tego dnia, kiedy wybuchł tamten sklep. No więc, łagodnie mówiąc, nabroiłaś. Koleś, który nie zdąrzył wybiec na korytarz, został porwany przez falę, no i go podtopiło, a potem wzięło i nim walnęło o szklaną szybę. Nie było z nim najlepiej. A ty stałaś pośrodku pawilonu jak gdyby nigdy nic, sucha i z rozkojarzonym wyrazem na twarzy. Nic dziwnego, że twój tata się wkurzył. I choć Marion próbowała go jakoś udobruchać, on spakował cię i przeniósł tutaj, do ośrodka dla młodocianych przestępców. Nikt nie wie, co dokładnie wydarzyło się w sklepie zoologicznym. Tom kłamał. Nie weszłaś tam z bronią i nie zaczęłaś wrzeszczeć, żeby ludzie wyskakiwali z kasy i biżuterii, wcale nie trafiłaś w zawór wody. Facet, który został poszkodowany, trafił do szpitala z obrażeniami klatki piersiowej i czaszki. Nie wniósł sprawy do sądu tylko dlatego, że Pat obiecał mu, że spędzisz tu jakiś czas. Operowali, go, ale żyje, wyluzuj - dodał, widząc przerażenie na mojej twarzy.
Co ja najlepszego narobiłam?

 Chusteczka przykleiła mi się do czoła, a ja bałam się ją odrywać, bo wiedziałam, że kiedy tylko zacznę, znowu poleje się krew, a tego nie chciałam. Przyłożyłam więc tylko drugą chusteczkę, bo pierwsza wyglądała jak po bitwie na czerwoną farbę, a ja byłam coraz bledsza.
Calvin najwyraźniej musiał zorientować się, że coś jest nie tak, bo przerwał swoją opowieść i nakazał mi oddychać głęboko.
- Zaraz wysiadamy, Leanne.

Zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć oddechy. Doszłam do siedemnastu, kiedy Calvin kazał mi się zbierać. Nie wiem, skąd on miał moją walizkę. Moją ukochaną, skórzaną walizkę z rączką i całą masą naklejek z podróży za granicę. Była przeraźliwie ciężka, zwłaszcza kiedy naładowałam tam książek i wszystkich innych rzeczy potrzebnych do przetrwania na dwu tygodniowych wakacjach z rodzicami, stara i okropnie niemodna, ale kochałam ją nad życie, od kiedy w wieku siedmiu lat zasnęłam w niej, podczas drugiego rozwodu mojej mamy. O pierwszym w ogóle nie mówi, a kiedy już pytam o mojego "biologicznego ojca" krzyczy na mnie i zamyka się w swojej sypialni. Teraz jest w związku z Patem. On jest całkiem spoko, no i to dzięki niemu mama znalazła stałą, dobrze płatną pracę w Nowym Jorku, gdzie mieszkamy od zawsze.
Wysiedliśmy z autobusu. Może nie byłam geniuszem geograficznym, ale szum oceanu poznałabym nawet we śnie.

Uwielbiałam ten odgłos. Uspokajał mnie, wprawiał w stan upojenia, jakby nic złego nie mogło się przydarzyć. Zawsze, gdy jeździłyśmy z mamą na wakacje za granicę, musiałyśmy mieć domek nad samą plażą, tuż przy wodzie, jej szum musiał kołysać mnie do snu. Mama też kochała wodę.

Nawet nie zauważyłam, gdy pod nasz nosy zajechała biała furgonetka z nieskromnym napisem "BOSKIE TRUSKAWKI", odsunęły się boczne drzwi, z których wypadli jacyś nastolatkowie, ja  zostałam wpakowana na tylne siedzenie, Calvina spotkał zaszczyt i zasiadł z przodu obok kierowcy. Trwało to może z trzydzieści sekund, i nie uwierzyłabym, jeśli ktoś by mi powiedział, że nie ćwiczyli tego przez długie godziny.

Na tylnym siedzeniu mini vana wcisnęłam się między dwóch dosyć wysokich chłopaków o elfich rysach i jasnych oczach. Musieli być co najmniej braćmi, jak nie bliźniakami. Obaj uśmiechali się półgębkiem, ale ich oczy pozostawały poważne. jeden z nich zauważył, że się gapię i tym razem pokazał piękny zestaw białych ząbków.
- Co? Też cię dziwi, że może być na świecie ktoś tak przystojny jak ja?
Przyznaję, zatkało mnie. Mimo, iż sądziłam, że wiara w siebie jest jedną z najważniejszych cech u człowieka, nigdy nie spotkałam kogoś tak pewnego siebie.
- Ja...
Teraz odezwał się ten drugi.
- Weź przestań, Connor, bo biedna dziewczyna jeszcze ci uwierzy, a jestem pewien, że nie chciałaby żyć ze świadomością, że została okłamana, prawda?
Boże... Co to za ludzie są?
- Travis, ona ma oczy.
- Ale nie wiemy, czy ma jakieś porównanie. Na przykład, ja naprawdę nie wiem, do czego ty chcesz ją przekonywać, kiedy ja siedzę tuż obok. To bezcelowe.
Postanowiłam przerwać tę idiotyczną wymianę zdań, bo choć obaj mieli oryginalną urodę i byli niezaprzeczalnie przystojni, żaden z nich nie był moim Jaredem Leto.  Ani Milesem Tellerem. A o Tristianie McLeanie mogłam tylko pomarzyć.
- Hej! Chwila moment! Jak ja mam niby ocenić, który jest przystojniejszy, skoro jesteście identyczni?!
To chyba zbiło ich z tropu. Connor nachylił się do Travisa tak, że ich głowy zawisły dokładnie na wysokości mojego brzucha. Travis odezwał się do brata (tak przynajmniej założyłam) teatralnym szeptem.
- Te, Connor, i co teraz?
Connor wyglądał na równie zbitego z tropu co Travis.
- Nie wiem, stary... Zaskoczyła nas. Zazwyczaj kiedy ktoś mówi, że jesteśmy identyczni, wystarczy powiedzieć, że ja jestem przystojniejszy i po sprawie... Zostaliśmy wykiwani... A to podła...
 Bardzo kulturalnie pomachałam im dłonią między oczami.
- Siedzę tu.
Podnieśli się gwałtownie do pionu ze zmieszanymi minami.
- Dziękuję.
Odgarnęłam włosy z czoła. Moje chusteczki nadal tam były i straszyły. Travis sięgnął za siebie i wyciągnął z bagażnika małą apteczkę, z której wyjął wodę utlenioną i plasterki zajął się moim czołem, które po chwili wyglądało jak nowe.
- Dzięki. Może wy mi powiecie, co tu się dzieję? Bo Calvin, mój przyjaciel od siedmiu boleści, milczy jak owca w rzeźni. Już taka bez głowy, oczywiście.

Obaj się zaśmiali, a śmiechy mieli urocze i naprawdę, nie miałabym nic przeciwko rozśmieszania ich do końca życia. Travis wychylił się ze swojego siedzenia, poklepał siedzącego z przodu Calvina po ramieniu, i powiedział:
- Całkiem trafne porównanie.
- Masz na myśli tę owcę? W sumie powinnam powiedzieć kozę. Czasem tak od niego jedzie mokrym futrem, że aż dziw, że wszystkie okna w moim pokoju nie powypadały.
Teraz obaj zaśmiewali się w najlepsze, i ja, wbrew sobie, również. Za to Calvin wsunął się głębiej w fotel i mina mu zrzedła. Zdecydowanie nie było mu do śmiechu.
- Calvin, co jest grane? To tylko żarty! - powiedziałam, i nie mogąc się powstrzymać, dodałam szeptem, tak żeby tylko bracia mnie usłyszeli:
- Choć kiedyś dostawałam gęsiej skórki za każdym razem, gdy wchodził do pokoju.
- Przestańcie już! To nie moja wina!
- Ale przyznajesz się...
- Spadaj!

Kiedy myśmy dosłownie płakali ze śmiech, Calvin zdjął swoją wszechobecną czapeczkę z napisem "JEM PLASTIK" (tak między nami, zawsze uważałam, że w tym przekazie jest jakieś drugie dno), i przeczesał dłońmi swoje kręcone włosy, uważając przy tym, żeby nie nadziać się nimi na małe różki wystające spomiędzy miodowych loczków. 
Różki. Oj, źle ze mną.
Connor najwyraźniej zauważył konsternację na mojej twarzy, której za Chiny bym nie ukryła, i spojrzał z udawaną naganą na Calvina. 
- Stary! Czy ty nadal jej niczego nie powiedziałeś? Od kiedy wysłałeś nam ten iryfon, chyba z najpaskudniejszej toalety na świecie, nadal czuję na skórze jej smród, nic a nic? Zero? Takie wielkie, jak mój brat? Bo czy może  być większe? Hej, mówię do ciebie, puszkomózgu!
Puszkomózg. Ambitnie, nie ma co.
- Spadaj na bambus zbierać kokosy, Connor. Nie zdążyłem, pół drogi spała, drugie pół opowiadałem jej, jak znalazła się w OSMP-ie*.Chciała wiedzieć wszystko OD POCZĄTKU, więc to w sumie jej wina. 
- Akurat! Po prostu masz pietra, że ci nie uwierzy i cię dziewczyna wyśmieje! Nie ma się czego bać, to oczywiste, że tak zrobi!
W słowo wciął mu się Travis. 
- Eeee... Connor? Ta "dziewczyna" na pewno ma jakieś imię.
Spojrzeli na mnie w identyczny sposób, jak na jakiś nowo odkryty gatunek papugi. Rzeczywiście, przez to całe zamieszanie nie zdążyłam im się przedstawić.
- Właściwie jak ty masz na imię?
Już nabierałam powietrza w płuca aby mu odpowiedzieć, ale uprzedził mnie mój kochany puszkomózg.
- Lora.
O. Mój. Boże.
- Słucham? 
- Dziewczyna ma na imię Lora.
Już nie żyjesz, stary.
Musiałam zareagować.  Po pierwsze, już po raz drugi tego dnia rzuciłam mu się do gardła. To nie moja wina, że mam ADHD, i czasami nad sobą nie panuję. Po drugie, bez przerwy krzyczałam:
- On kłamie! On kłamie!
Po trzecie, gdy zobaczyłam, kto prowadzi furgonetkę, wrzasnęłam jeszcze głośniej, o ile to było możliwe, i grzecznie wróciłam na swoje miejsce.
- Ten.. On... O Boże! Ale ohyda!
Stworzenie siedzące za kółkiem coś warknęło i spojrzało na mnie... sześcioma oczyma. Sześcioma. Travis chyba postanowił mnie trochę pomęczyć:
- Lora, nie obrażaj naszego drogiego Argusa, bo nigdy więcej nie ujrzysz mego cudnego oblicza, a tego mogłabyś nie przeżyć. Każde z jego stu oczu pochodzi od jego ofiar. Zbierał je i wszczepiał w ciało, żeby mieć lepszy widok na młodych i nierozważnych herosów...
- Po pierwsze, nie Lora, tylko Leanne, ewentualnie Annie, ale na pewno nie LORA. Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a już nigdy nie zobaczysz MOJEGO pięknego oblicza, zrozumiano? Po drugie, CO TO JEST ARGUS?
Travisa totalnie zbiło z tropu i tylko otwierał i zamykał usta jak ryba, nie mogąc wydusić z siebie słowa, więc odpowiedział mi Calvin.
- Argus to nie jest rzeczą, tylko żywą istotą. Sami do końca nie wiemy, kim jest, a on nam nie powie, przez swoje oko na języku...
Argus energicznie pokiwał głową i na potwierdzenie słów Cavina wystawił język z wielkim, fioletowym okiem na jego końcu. Powstrzymałam mdłości. Ledwo. Wyobraźcie sobie przez całe życie oglądać wnętrze swoich ust. Aż mnie ciary przechodzą.
- Czyli nie wiadomo co mu się właściwie stało? i dlaczego jest cały... ooczony?
- Nie.
- No nieźle. Jadę nie wiadomo gdzie, ze stuokim gościem, który zje mnie przy najbliższej okazji, mój kumpel ma rogi, a... wy, bracia... - tu spojrzałam na nich by się upewnić, że nie są jednak bliźniakami, bo gdyby byli, już by mnie poprawiali. - jesteście stuknięci. I nadal nie wiem, co się dzieje, gdzie jedziemy i co to za potwora, która chciała wyssać ze mnie krew na wynos?
- Annie, pani Fran jest empuzą. Od niedawna służą Gai, zdobywają dla niej informacje i zwolenników, choć tych i tak niewiele przeżywa pierwsze spotkanie z nimi. Empuzy bardzo... nie lubią herosów.
- Cokolwiek to znaczy, ale jak to jest? Myślałam, że ten cudaczny olejek ją załatwił?
- Chciałabyś - wtrącił Connor. - Potwory nigdy tak naprawdę nie umierają choć my, super herosi, staramy się jak możemy. Znikają ze świata śmiertelników na kilka tygodni, miesięcy a jeśli ma się szczęście, lata, ale zawsze wracają i prędzej czy później znajdują człowieka który ostatnio je zabił i próbują mu się odwdzięczyć tym samym. Kolorowo, nie uważasz? W sumie, gdyby mnie wysłano do Tartaru choćby na dwa dni, chciałbym rozwalić pół świata. A tak przy okazji - tu spojrzał na Calvina z ciekawością - Zalałaś empuzę spiżowym olejkiem? Musiałaś mieć jakąś zabójczo silną odmianę... Calvin? Chcesz nam coś powiedzieć?

Może nie byłam orłem w nauce, zwłaszcza w przedmiotach matematycznych, ale historię lubiłam, i o ile dobrze się orientuję z lekcji mitologii greckiej, Tartar był ojcem Tyfona i paru innych, którzy chcieli go zabić. Nie wiem, dlaczego oni mówią o nim jakby istniał naprawdę. To tak, jakby mówili, że Zeus i cała reszta olimpijskiej ferainy mieszkają sobie nad Nowym Jorkiem!
- Cholera!








 * OSMP - Ośrodek Szkoleniowy Młodocianych Przestępców

środa, 29 stycznia 2014

ROZDZIAŁ I

-Asplin, rusz swoje zgrabne cztery litery i przynieś mi soczek!
A co, bozia nóżek nie dała?, pomyślałam. Bo tego, że mózgu ci poskąpiła nawet nie poddaję w wątpliwość.
Słowa same cisnęły mi się na usta, ale nie wypowiedziałam ich wczoraj, teraz i jutro też ich nie wypowiem. Poza tym, chciałabym mieć czym gryźć moje dziwne kanapki.
I choć niewątpliwie moje cztery litery były zgrabniejsze od tyłka Sue Lyaong, która nie mieściła się na jednym krześle, to nie zamierzałam pójść po ten cholery soczek. Dopiero przyjście do stolika Katji Savanovej, rosyjskiej piękności, zachęciło mnie do podejścia do szwedzkiego stołu stojącego na końcu wypasionej, całej w złotych kupidynach i różowym marmurze jadalni.
Chwyciłam byle jaki soczek i wysokokalorycznego batona dla siebie. Po namyśle sięgnęłam jeszcze po truskawki w czekoladzie. A co mi tam, raz się żyje.
Kiedy wróciłam, wielki biust Katji, dosłownie wypływający z jej dekoltu, całkowicie przesłaniał twarz Toma. Od kilku miesięcy kleiła się do niego jak mrówka do miodu. Albo mucha do gówna. Jak kto woli.
Miałam nadzieję, że Tom przez ograniczoną widoczność mnie nie zauważy i oszczędzi mi katuszy pod postacią widoku Katji śliniącej się na widok jego portfela. Jasne! Moje życzenie jest rozkazem. Dla diabła.
- Asplin! A już myślałem, że przymarzłaś do podłogi!
Do moich uszu dotarł paskudny dźwięk, mianowicie piskliwy śmiech Katji.
- A może woda ci przeszkodziła. Co, podmyła ci trampeczki?
Walnę ci, jak się nie zamkniesz. Nie wspominaj przy mnie o wodzie.
- To nieważne. Ale mam jedno proste pytanie, na które mam nadzieję nawet ty odpowiesz.
Ręka mnie już świerzbi, ty nędzny...
-Czego nie rozumiesz w zdaniu "przynieś mi soczek"?
Raczej w rozkazie. W każdym razie nie za bardzo rozumiałam jego wątpliwości. Spojrzałam na kartonik stojący przed nim na stole. "Sok jabłkowy". No ja nie wiem, czy on nie umie czytać, czy po prostu jest takim idiotą... A to ja mam tutaj dysleksję.
Uniosłam wysoko brwi, czego nienawidził, a kiedy porwał kartonik z blatu i cisnął nim we mnie nawet nie musiałam się schylić. I tak by nie trafił. Bez jednego oka? Powodzenia.
- Od tylu miesięcy nie nauczyłaś się jeszcze, że ja piję tylko i wyłącznie soczek pomarańczowy?!
Nie mów tego, nie mów tego, nie mów, nie...!
- Ups.
No i pięknie. Czy ja nie potrafię trzymać języka za zębami?
Nie pamiętam dokładnie, co się potem stało. Wiem tylko, że dostałam w głowę czymś ciężkim. Chyba krzesłem. O ile Tom nie jest w stanie trafić w cel małym przedmiotem, o tyle nie ma trudności w trafieniu krzesłem w kogo zechce. Na przykład we mnie.

Obudziłam się następnego dnia rano w szkolnej izolatce, z paskudnym rozcięciem na czole i siateczką czarnych, żółtych i fioletowych siniaków wokół niego. Kręciło mi się w głowie, chciało mi się rzygać, a Calvin nawet nie przyszedł zobaczyć czy żyję. Przyjaciel od siedmiu boleści.

Nazywam się Leanne Asplin. A tak właściwie, Leanne Olivia Riley-Asplin. W skrócie "L-O-R-A". Nienawidzę, jak tak na mnie wołają, ale wolę to od "Sieroty". Przynajmniej nie wiadomo od razu, że chodzi o mnie. Przyjaciele mówią na mnie Annie. A właściwie to przyjaciel, bo mam tu tylko jednego. Reszta się ode mnie odwróciła, kiedy dowiedzieli się, gdzie trafiłam. Za tym przezwiskiem też nie przepadam. Ale co ja mogę poradzić? Zmiażdżyć mu klatkę piersiową jak temu kolesiowi w sklepie? Tak, właśnie dlatego jestem w ośrodku wychowawczym dla młodocianych przestępców. Nic nie pamiętam. Wiem tylko, że Tom był wtedy ze mną. Kiedy pojawił się tu pół roku temu nie miałam pojęcia, że się znamy. Póki nie rozpowiedział całej placówce o tym, co się stało w tamtym sklepie. Od tamtego czasu mnie szantażuje. Takie życie. Choć moje na pewno mogłoby być trochę bardziej kolorowe.

Przyszedł Calvin. Kiedy patrzyłam jak wchodzi o kulach do sali, zrobiło mi się trochę głupio, że byłam na niego zła. Samo wejście tu po schodach na trzecie musiało go dużo kosztować.
Calvin poruszał się na kulach od kiedy skończył siedem lat. Nigdy nie pytałam.dlaczego, słyszałam tylko, że jego mięśnie wyglądają jak ser. Czyli nie najlepiej, jak sądzę. Nie ćwiczył na wf-ie, dostał od lekarza papierek zwalniający go z tego przedmiotu do końca życia, a on przychodzi do mnie i mówi, że powinien tam być i mnie ochronić. Głupek. Słodki, ale jednak głupek.
- Calvin, a co ty niby mógłbyś zrobić? Co, rzuciłbyś w niego kulą? Daj spokój i tak jest lepiej niż mogłoby być.
Nawet jeśli miał coś do powiedzenia na ten temat, nie zdążył, bo pani Fran, lekarz w naszej szkole wyprosiła go za drzwi i zajęła się oględzinami mojego czoła.
- Jak się czujesz, Leanne? Coś ci dolega?
Nie, leżę sobie w szkolnej izolatce, bo dostałam tylko krzesłem w głowę, mam ogromne rozcięcie na czole, chce mi się rzygać, nic mi nie jest, luzik. Idiotka. Leczy. Mnie. Idiotka. O dziwo, nie powiedziałam tego.
- Nie, już jest dużo lepiej. Myślę, że mogę wrócić już na lekcje.
-Nie!
Ku mojemu zdziwieniu, buteleczka w ręku pani Fran w ułamku sekundy rozprysła się na tysiące miniaturowych odłamków, kilka z nich poleciało w moją stronę, wybijając się w moje policzki, które natychmiast spłynęły krwią.
- Ale...
Wtedy pani Fran przestała być panią Fran. Zobaczywszy moją zakrwawioną twarz, zamieniła się w... coś, czego nie widziałam nigdy w życiu, i gdyby ode mnie to zależało, nigdy bym tego nie chciała zobaczyć.
- Krew półboga... Mniam!
Pani Fran była potworem. Najprawdziwszym potworem, nie takim spod łóżka, tylko potworem z krwi i kości. Chyba z tego.... Z nimi nigdy nie wiadomo.Potwór. No bo jak inaczej miałabym nazwać kogoś, kto przed sekundą chciał mnie leczyć, a teraz zabić?
Miała na sobie nadpalony w niektórych miejscach fartuch seksownej lekarki. Byłaby całkiem ładna, gdyby nie skóra barwy mleka i czerwone oczy. Do tego w ustach tkwiły kły.
- O mój Boże...- wyszeptałam, zbyt przerażona, żeby krzyczeć. - Wampir, ja piórkuję taką opiekę medyczną!
Wyszczerzyła się do mnie swoimi śnieżnobiałymi kiełkami.
-Chciałaś chyba powiedzieć na bogów! Przecież ty nie wierzysz w Boga. Wierzysz w bogów olimpijskich, prawda, herosku?
Podeszła do łóżka, i dopiero wtedy usłyszałam dziwne, metaliczne stukanie. Jej nogi... Powiedziałabym, że ma oryginalne przebranie na Halloween, ale trochę za bardzo się wczuła. Jej nogi... Jedna, włochata jak plecy mojego wujka, zakończona kopytem, druga metaliczna, jak u jakiegoś robota. Nawiedzonego robota. Robota ludożercy.
- Mów! Co wiesz o Hemerze!
Hemera? Co to? Jakieś lekarstwo? Na porost włosów? Chcesz sobie posmarować tę drugą nogę?
- Mów! Gaja chce wiedzieć wszystko!
- Gaja...?
- Nie udawaj!
Kiedy ja nadal nie wiedziałam co się dzieje, ta dosłownie dopadła mnie, i aż syknęłam, kiedy zacisnęła swoje białe dłonie zakończone krwiście czerwonymi pazurami na moich nadgarstkach. A ścisk miała pierwszorzędny.
- Mów, bo inaczej zginiesz! A ja lubię zabijać, powoli toczyć krew z ofiary, bawić się nią, a na koniec zabijać, błagającą o śmierć... Gaja jest łaskawa, i pozwoliła mi się tobą zająć... Taki cenny herosek... Z takim rodzicem... Co ty tu robisz?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w tym właśnie momencie do izolatki wpadł Calvin, przy okazji wyważając drzwi z zawiasów. Szkoda, chętnie opowiedziałabym tej pani, skąd się tu wzięłam... Co prawda mogłaby mnie nie usłyszeć, bo leżała właśnie powalona na ziemi... jedną z kul Calvina. Chyba będę musiała postawić mu falafel w jego ulubionej knajpce...
- Calvin!
- Annie!
Potwora właśnie otrząsnęła się po ciosie kuli i ponownie obnażyła swoje lśniące ząbki. I choć otworzyłam usta, żeby krzyknąć, nie byłam w stanie wydobyć z nich żadnego dźwięku.
- Annie, oblej ją tym!
Calvin rzucił w moją stronę małą, posrebrzaną buteleczkę z czerwonego szkła. O dziwo, złapałam ją bez większych trudności, i dążącą ręką wyciągnęłam srebrną zatyczkę, od razu wylewając całą jej zawartość, czyli świecącą błękitną substancję, prosto w twarz nieuważnej potwory. Wrzasnęła, złapała się za twarz i zniknęła. Tak po prostu. Załatwił ją jakiś pieprzony olejek!
Zamieniła się w żółty glut, który natychmiast wchłonął się w posadzkę, i już jej nie było .
- Co...?
Przełknęłam ślinę, żeby mój głos nie brzmiał jak pisanie kredą po tablicy. Pomogło. Wreszcie mogłam się wydrzeć.
- Co to, u diabła, było?!!
Calvin nie odpowiedział, tylko stał wciąż w wejściu, patrząc to na swoje trampki, na kule i drzwi leżące dwa metry dalej, wyrwane z zawiasów.
- No pytam się, co tu się stało, do cholery jasnej?!!
Nic, zero reakcji. Podszedł tylko i podniósł swoją kulę nie patrząc na mnie, zachwycając się podłogą.
- Odpowiedz, Calvin!
Wreszcie spojrzał na mnie, i po raz pierwszy zobaczyłam z jego oczach to, co widzę codziennie patrząc w lustro.
Strach.

małe wprowadzenie do mojego życia...

 Jak to jest być innym? Kimś, kto na śniadanie je bułkę z dżemem i ogórkiem zielonym? Hej, ludzie! To jest naprawdę smaczne!
Ale o trochę inną odmienność tu chodzi. Naprawdę, kiedy uczysz się w prywatnej szkole dla dzieci z problemami, patrz: spowodowałem wypadek na pasach, zginęła dziewczynka lat siedem, nie pójdę siedzieć, bo mam bogatych rodziców i wyślą mnie do luksusowej prywatnej szkoły, gdzie poudaję, że żałuję, a potem pójdę na studia i moje życie będzie usłane różami. Tak to mniej więcej wyglądało. W każdym razie, wszyscy mają gdzieś, co jesz na śniadanie. Mogłabyś zjeść strażnika, który wywołałby sensację tylko i wyłącznie w twoim żołądku, a mali kanibale z trzeciego piętra wyzwaliby cię na pojedynek.
A ja? Jestem złą dziewczynką. I nie mówię tu o podkładaniu nogi nauczycielkom schodzącym ze schodów. Ja naprawdę robiłam złe rzeczy. A ta szkoła... Kocham to miejsce.
Ale ono nie kocha mnie.

piątek, 24 stycznia 2014

krótkie informejszyn


hej!
Za namową kilku moich przyjaciół (i nieznajomych z internetu :P) postanowiłam zacząć pisać własne ff o tematyce Percy'ego Jacksona. Nie mam pojęcia, jak prowadzi się takiego bloga, ale myślę, że z czasem się nauczę. Notki nie będą pojawiać się regularnie, bo z nauką u mnie krucho, ale kocham pisać i uznałam, że warto się trochę wykazać :)
pozdrawiam!
mammariss